Spośród 12 krajów tworzących strefę euro, jedynie Hiszpania rozwija się szybciej niż prognozuje jej rząd. Zanosi się na to, że w tym roku po raz pierwszy od wprowadzenia wspólnej waluty, a więc od 2002 r., deficyt budżetowy tego regionu, liczony jako odsetek produktu krajowego brutto, będzie większy niż w Stanach Zjednoczonych. W dodatku Europie trwanie w deficycie nic nie daje. Tempo wzrostu gospodarczego jest tak marne, że zmusza rządy do obniżania podatków i zwiększania wydatków socjalnych, co stwarza sytuację zamkniętego kręgu. - Są dobre deficyty, ale są i złe. W krajach europejskich dominują złe - powiedział agencji Bloomberga Andrew Bosomworth z największego na świecie funduszu obligacyjnego Pacific Investment Management.
Przedwyborcze
złagodzenie przepisów
Nie dalej jak w grudniu ub.r. wszystkie rządy strefy euro zapewniały Komisję Europejską, że ich deficyty budżetowe nie przekroczą 3% PKB w tym i w przyszłym roku. Już trzy miesiące później kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, prezydent Francji Jacques Chirac i premier Włoch Silvio Berlusconi wymusili na Unii rozwodnienie przepisów, twierdząc, że hamują one wzrost gospodarczy. Nie pomogły protesty szefa Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Tricheta.
Chiraca i Berlusconiego w ciągu najbliższych dwóch lat czekają wybory. Schroeder ten test ma już za sobą. Sondaże opinii publicznej dawały wyraźną przewagę jego rywalce do kanclerskiego fotela Angeli Merkel. Skończyło się na remisie szkodliwym dla niemieckiej gospodarki. Schroeder przez ostatnie lata dowiódł, że nie może znaleźć sposobów na jej przyspieszenie, a deficyt budżetowy miał mu w tym pomóc. Przywódczyni Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej w czasie kampanii wyborczej określiła jako "nierealistyczne" nadzieje na zrównoważenie niemieckiego budżetu przed 2013 r.