Przestrzegano mnie wielokrotnie, że analityk finansowy powinien być apolityczny lub co najmniej powstrzymać się od publicznego głoszenia swoich politycznych sympatii. Złamanie tej reguły rzekomo miałoby podważać wiarygodność oceny jakichkolwiek politycznych wydarzeń. Przecież tak samo, jak nie wierzymy politykom zachwalającym programy swoich partii, tak samo nikt nie uwierzy analitykom, którzy pochwalą rewolucję w podatkach przeprowadzoną przez "ich" partię.
Zresztą z tej filozofii skorzystał niedawno Witold Orłowski, który jako wybitny ekonomista i doradca prezydenta (czyli spełnia kryteria braku obiektywności) skrytykował podpisanie ustawy o górniczych emeryturach. Społeczeństwo politycznym ekonomicznym doradcom nie wierzy, więc poparcie dla prezydenta natychmiast wzrosło. Ten sam fortel w czasach kryzysu poparcia próbował zastosować premier Miller, zachwalając podatek liniowy. Niestety, SLD go nie poparł i w ten sposób społeczeństwo od pomysłu się nie odwróciło. Ba, wręcz poparcie dla liniówki wciąż rośnie, co, jak nietrudno wydedukować, jest pochodną nieustannej krytyki ze strony Prawa i Sprawiedliwości.
Kolejne obawy związane z ujawnieniem moich politycznych preferencji to powszechna świadomość Czytelników, że najgorszym giełdowym doradcą są emocje. Dla wyeliminowania ich zgubnego wpływu już dawno powstały systemy transakcyjne, bijące giełdowe benchmarki. Przy takim założeniu, polityczna rekomendacja nie może być dobra. Nie da się przecież uniknąć emocji w ocenie polskiej polityki. Wszelkie moje wątpliwości rozwiała Monika Olejnik, która "zagrała" rolę Kopciuszka. Dziennikarz aktorem, a analityk nie może agitować przed wyborami?
Zanim zdradzę swoich faworytów, zacznijmy od politycznego standardu, czyli obrażania przeciwników. Regułą jest, że najpierw innych obrzuca się błotem, wygrywa się wybory, a o swoim programie najlepiej mówić dopiero na koniec kadencji. Ten akapit będzie krótki, bo sondaże pokazują, że społeczny odbiór politycznego rzemiosła nie wymaga przypominania sejmowych grzechów. Najogólniej mówiąc, mamy wybór między barbarzyńcami, radykałami, złodziejami, populistami, liberałami, komunistami, przebierańcami i dezerterami.
Wydaje się, że nie ma na kogo głosować. Informuję więc, że dla mnie najlepszą partią jest... moja żona! Nie mówię tego w wyborczej euforii, bo tą najlepszą ze wszystkich partii wybrałem już kilka lat temu. Od tego czasu wyborczy program jest świetnie realizowany. Wystarczyła jedna ministerialna teka, by skutecznie kierować ministerstwami zdrowia i opieki społecznej, kultury i sztuki oraz ministerstwem rolnictwa i gospodarki żywnościowej. O świetnej polityce prorodzinnej nawet nie wspominam. Zresztą, miejsca nie starczy, by wymienić wszystkie zalety. Ale nie ma takiej potrzeby. Ta partia o żadne głosy wyborców już nie zabiega.