Druga w tym tygodniu wydłużona sesja upłynęła pod znakiem zmniejszonych obrotów, których wartość systematycznie spada od 20 września. Największe spółki GPW przestały wreszcie zgodnie rosnąć (poza Lotosem, który kontynuuje świetną passę), co nie oznacza bynajmniej, że zaczęły spadać. Być może mamy do czynienia z umiejętną i spokojną dystrybucją drogich akcji.
Przełamanie poziomu 2325 pkt otworzyło drogę do oporu na wysokości 2650 pkt, do którego indeksowi brakowało w poniedziałek zaledwie 85 pkt. W zasadzie można powiedzieć, że biorąc pod uwagę skalę ostatniego wzrostu poziom ten został prawie "zaliczony". Nie wykluczam, że właśnie na 2650 pkt cała hossa może się zakończyć. W ciągu pięciu miesięcy indeks WIG20 wzrósł o ponad 40% i to praktycznie bez większej korekty. Jedynie początek fali wzrostowej w 2003 roku był dłuższy, a zwyżka w ujęciu procentowym większa od bieżącego impulsu. Mając na względzie długoterminową hossę, spadek np. do poziomu ok. 2150 pkt byłby jak najbardziej wskazany.
Trudno obecnie opierać się na niektórych sygnałach płynących z analizy technicznej. Wystarczy nadmienić, że trend bez problemu potwierdza tygodniowy MACD, ale z drugiej strony RSI osiąga na tyle skrajne wartości, że ryzyko zatrzymywania akcji moim zdaniem znacząco wzrosło. Stronie popytowej pomaga nadal doskonałe zachowanie całego rynku, uwidocznione szczególnie na sesji poniedziałkowej. Nie wiem jednak, czy nie jest to tylko chwilowe uspokojenie cen na wysokim poziomie, po którym rozpocznie się właściwy spadek. Na rynku zdaje się być coraz mniej pesymistów, a to już nieco lepsza atmosfera do przynajmniej korekcyjnej przeceny. W najkrótszym terminie najbliższym wsparciem pozostaje średnia krocząca z 15 sesji. Inne wsparcia dosyć trudno wyznaczyć, bo tak się akurat składa, że ani poziomy Fibonacciego, ani lokalne dołki, ani wreszcie średnie kroczące z 45 i 100 sesji się ze sobą nie pokrywają. W takim układzie najlogiczniejszym wsparciem pozostaje odległy poziom 2150 pkt.