W tym kraju nie da się prowadzić normalnej polityki pieniężnej. Nie da! I już! Co nasze władze monetarne próbują, zaraz coś albo ktoś im to psuje.
Ot, pamiętam, jak jeden z byłych członków RPP opowiadał mi, że u nas inflacja szaleje przez żywność. Wystarczy zła pogoda i plony lecą na pysk. Jak lecą, to wszystko drożeje i trzeba podnosić stopy, żeby inflacja nie podniosła karku. W normalnych krajach to rząd otwiera granice, żywność napływa i ceny spadają, więc ryzyka inflacji nie ma. A u nas... Szkoda gadać. Więc stopy trzeba podnieść.
Innym razem wydawało się już, że sukces jest bliski. Inflacja spadała, stopy były niskie, ale to wszystko poszło w drzazgi z powodu Unii Europejskiej. Nagle wszystko bez powodu zaczęło drożeć. Wiadomo, spekulanci wpadli w amok. NBP bardzo się starał, aby obywatele dawali sygnały o nieuzasadnionym wzroście cen, dzięki czemu można by spekulantów wyłapać. Ale niewiele to dało. Znowu trzeba było podnosić stopy.
Oczywiście, pojawiały się sygnały, że to wszystko krótkotrwałe, że skoro ceny są nadmiernie wywindowane, potem spadną i wszystko wróci do normy. No jasne, ale przecież mogły być efekty drugiej rundy, których skutkiem w trzeciej rundzie mógł być wzrost inflacji, więc rada zadziałała.
Co prawda minister finansów twierdził, że cała ta zwyżka cen spowoduje, że ludzie wydający więcej na żywność, na inne rzeczy wydadzą mniej. No, ale kto by słuchał ministra finansów. Zwłaszcza że on psuje, i to psuje, najwięcej.