- Hodowcy i producenci drobiu ponieśli już straty nie do odrobienia - twierdzi A. Danielak. - Spadły ceny kurczaków, indyków, gęsi i jaj. O ile duże zakłady przetwórcze są w stanie chronić swoich dostawców przed bankructwem, o tyle mali hodowcy są bezbronni. A stanowią oni 50% wszystkich hodowców. Na tym drugim rynku, tzw. wolnym, spadek cen skupu żywca drobiowego sięgnął 30% - podkreśla. Jeśli w Polsce wykryte zostanie ognisko ptasiej grypy, trzeba będzie wybić cały drób w promieniu 3 km. - To też uderzy najbardziej w drobnych rolników - zaznacza. Może to być też kosztowne dla państwa, które będzie musiało rekompensować hodowcom poniesione straty.

Giełdowe spółki mięsne nie zauważają zmian w popycie. - Sądzimy, że popyt na markowe wyroby się utrzyma. Spadek sprzedaży grozi jedynie małym ubojniom - mówi Krystyna Szczepkowska, rzecznik prasowy Indykpolu. Podobnie jest w Sokołowie, który jest przede wszystkim producentem mięsa czerwonego. - Nie zauważyliśmy ani spadku sprzedaży drobiu, ani wzrostu popytu na mięsa czerwone - twierdzi Jerzy Majchrzak, rzecznik spółki. Na szczerość zdobywa się jedynie Animex (właściciel giełdowego Ekodrobu). - W naszym przypadku nie da się jednoznacznie określić, czy spadek cen żywca drobiowego jest efektem ptasiej grypy. Rok temu wahania były takie same. Można więc mówić o sezonowości. Jednak skutkiem obaw przed ptasią grypą jest sygnalizowany przez handel spadek popytu na nasze wyroby gotowe, który odbija się żądaniem niższych cen. Tej różnicy nie jesteśmy w stanie zrekompensować podobną różnicą w cenie zakupu żywca. Cieżar bierzemy na siebie - tłumaczy Andrzej Pawelczak, rzecznik Animeksu.