Bruksela zaprezentowała w piątek raport o stanie przygotowań technicznych nowych państw członkowskich do przyjęcia euro. Polska wypada w nim najgorzej. Inne kraje, które z uwagi na wysoki deficyt nie mogą wprowadzić euro w najbliższych 2-4 latach (Czechy, Węgry), przygotowały już narodowe strategie wymiany walut. My nie. Państwa, które są bliżej przyjęcia euro (np. Słowacja, Łotwa czy Litwa), zdecydowały nawet, ile trwać będzie okres równoległego funkcjonowania waluty narodowej i unijnej (7-15 dni). Tymczasem Polska - jako jedyna - nie określiła jeszcze docelowej daty wprowadzenia euro. To wywołało niepokój Komisji.
- Jestem przekonany, że rząd polski jest świadomy swoich obowiązków wynikających z integracji z Unią Europejską i wie, że Polska musi wejść do strefy euro i musi być do tego dobrze przygotowana - oznajmił Joaquín Almunia, komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych. Przypomniał również, że Polska zgodziła się na wspólną walutę podpisując Traktat Akcesyjny, zatwierdzony wcześniej w referendum. - Dlatego nie widzę potrzeby organizowania nowego referendum w sprawie euro - powiedział. Podczas kampanii wyborczej zapowiedział je obecny prezydent elekt Lech Kaczyński.
Premier Kazimierz Marcinkiewicz wyraźnie nie przejął się uwagami KE. - Nasze stanowisko w tej sprawie jest niezmienne. Nie widzimy powodów, dla których mielibyśmy wejść do strefy euro podczas tej kadencji. Tę sprawę zostawiamy następcom - powiedział. Zapewnił za to, że rząd będzie dążył do spełnienia kryteriów konwergencji w ciągu najbliższych czterech lat.
Traktat Akcesyjny nie zobowiązuje nas do przyjęcia euro w żadnym konkretnym terminie, stanowi jednak, że musi to nastąpić. Polska musi z kolei corocznie przedstawiać Brukseli raporty o konwergencji. Zawierają one m.in. strategię obniżania deficytu i prognozy, kiedy spełnimy kryteria wymagane przez Unię przy wejściu do strefy euro.
PAP