Wczoraj odbyło się pierwsze czytanie trzech kontrowersyjnych projektów ustaw z tzw. "pakietu kolejowego", przedłożonych jeszcze przez Marka Belkę. Nowy rząd nie wycofał ich z parlamentu, ponieważ wskazują one źródła finansowania PKP w przyszłym roku.
Jeden z projektów zakłada stworzenie w Banku Gospodarstwa Krajowego nowego Funduszu Kolejowego. Do niego miałoby trafiać 20% przychodów z opłaty paliwowej, płaconej przez... kierowców na inwestycje w drogownictwie (ok. 9 gr w cenie litra paliwa). W efekcie w 2005 r. 240 mln zł z dróg przeszłoby na kolej.
Inny projekt ustawy przewiduje, że część wpływów z akcyzy na paliwa trafi do zarządcy torów - Polskich Linii Kolejowych. Dzięki takiemu wsparciu PLK mogłaby obniżyć stawki za dostęp do infrastruktury dla wszystkich przewoźników kolejowych, także prywatnych. Zmiana ta pociąga jednak za sobą odebranie kolejnych pieniędzy drogownictwu (do tej pory dostawało nie mniej niż 12% wpływów z akcyzy paliwowej).
Na otarcie łez rząd zapisał, że od 2007 r. na inwestycje w infrastrukturę będzie trafiać 14% podatku, z możliwością zwiększenia tego pułapu do 20% w razie kłopotów z realizacją projektów.
Nic więc dziwnego, że w Sejmie starły się dwie grupy interesów: "kolejowa" i "drogowa". Część posłów przyznała, że środki te i tak nie są wystarczające. - Dlaczego nie określimy, jaka pula środków publicznych idzie na inwestycje w infrastrukturę i nie podzielimy ich tak, jak postuluje Unia Europejska - w proporcji 40% na kolej i 60% na drogi - mówił Bogusław Kowalski (LPR), przewodniczący sejmowej komisji infrastruktury. Część posłów pytała jednak: Dlaczego projekty konsultowano tylko z tymi, którzy dostaną pieniądze, a nie z tymi, którzy te pieniądze mają dać?