Po szoku spowodowanym fiaskiem koalicji PiS - PO nastroje na rynku nieco się uspokoiły. Dobre dane o wzroście gospodarczym i determinacja Marcinkiewicza w pilnowaniu 30-miliardowego pułapu deficytu budżetowego skłoniły do oceny, że żadna katastrofa raczej nam nie grozi. Coraz częściej słyszy się głosy, że wzrost PKB w przyszłym roku może przekroczyć 5%. W tej sytuacji zapowiedź Leppera, że Samoobrona dokonuje radykalnego zwrotu programowego i z socialpopulistów przepoczwarza się w socjalliberałów, może wręcz doprowadzić rynki do euforii. Przestrzegałbym przed takim hurraoptymizmem.
Po pierwsze, niezwykła elastyczność Leppera w traktowaniu wcześniejszych deklaracji każe oczekiwać jeszcze wielu gwałtownych zwrotów kierowanej przez niego partii. Jego deklaracje oznaczają tylko tyle, że w najbliższych miesiącach cena, jaką PiS będzie musiał płacić za poparcie Samoobrony, ograniczy się do kilku lukratywnych posad. Jednak pierwsze poważne potknięcie PiS może doprowadzić do kolejnej radykalnej zmiany poglądów ekonomicznych Leppera i gwałtownego ataku na rząd.
Po drugie, w dość biednym kraju, jakim jest Polska, wysoki wzrost gospodarczy wymaga dużego napływu inwestycji zagranicznych - krajowe oszczędności są za małe, by sfinansować zarówno wysoki deficyt finansów publicznych, jak i szybki wzrost inwestycji. Jednak ton kampanii wyborczej PiS oraz niektóre wypowiedzi jego polityków i ministrów - z ministrem finansów na czele - z pewnością nie będą zachęcały do rozpoczynania w Polsce nowych przedsięwzięć na dużą skalę. Podobny efekt będzie miało odłożenie w bliżej nieokreśloną przyszłość wejścia do strefy euro. Wszystko to oznacza, że tempo wzrostu inwestycji w następnych latach będzie dość skromne - około 5% - co pozwoli na rozwój gospodarczy raczej na poziomie 3,5-4% niż ponad 5%. Rok 2006 może jeszcze być nieco lepszy, ale potem bariery podażowe dadzą o sobie znać i tempo wzrostu zacznie się obniżać.
Po trzecie, przy takim tempie kotwica 30 mld zł deficytu budżetowego może okazać się niewystarczająca, by zejść z deficytem poniżej 3% PKB nie tylko w 2007 r., ale nawet w 2010 r. Co więcej, jeśli w 2006 r. przy wzroście około 4,5-4,8% deficyt wyniesie 30 mld zł, to w następnych latach - gdy rozwój będzie słabszy - nie da się tego pułapu utrzymać bez dodatkowych cięć wydatków. Trudno sobie wyobrazić te cięcia w projekcie budżetu na 2007 rok, przygotowywanym tuż przed wyborami samorządowymi ani w następnych budżetach, których twórcy będą myśleć już o kolejnych wyborach parlamentarnych. Niespełnienie wymagań Paktu o Stabilności i Wzroście wystawi nas na kolejny konflikt z Unią Europejską. Problem polega bowiem na tym, że na lekceważenie Paktu mogą sobie pozwolić kraje duże i na dodatek będące płatnikiem netto do budżetu Unii. My aż tak duzi nie jesteśmy i chcemy brać więcej niż dawać. A to raczej się nie uda. Może zablokowanie funduszy spójności (taką formalnie karę może nałożyć na nas Unia za nadmierny deficyt), byłoby z politycznego punktu widzenia zbyt drastyczną karą, ale zmniejszenie środków dla Polski w budżecie europejskim zostanie przyjęte z radością przez inne kraje. A niższy napływ środków unijnych to dodatkowy hamulec naszego wzrostu gospodarczego.
Przy wolniejszym wzroście brak reform fiskalnych prowadziłby do zrywania kolejnych kotwic - 40 mld, potem 50 mld itd. Rząd może się bronić przed spadkiem cen obligacji coraz odważniej sięgając po finansowanie zagraniczne. To jednak zadziała jak bomba z opóźnionym zapłonem, bo wcześniej czy później także złoty zareaguje na rosnącą dziurę budżetową.