Tamtejsza federacja handlowców ocenia, że podczas pierwszego weekendu zakupowego szału każdy kupujący wydał przeciętnie 302,81 USD, wszyscy zaś razem 27,8 mld USD. To wzrost o 22% w porównaniu z analogicznym weekendem w ubiegłym roku, gdy wydano 22,8 mld USD. Wielką rolę odegrały jednak teraz promocyjne obniżki cen, których w 2004 r. nie stosowano.
W Stanach handlowcy dzień po Święcie Dziękczynienia nazywają Czarnym Piątkiem (w bilansach zysk zaznacza się na czarno). Przez wiele lat właśnie wtedy notowano największe obroty w roku. 25 listopada tego roku ruch w sklepach faktycznie był ogromny, ale sztucznie wzniecany przez promocje i nie przyniósł takiego zarobku, jak w poprzednich latach (był mniejszy o 0,9%). Handlowcy w USA utrzymują, że wielkość obrotów w Czarny Piątek jest teraz zazwyczaj mniejsza, niż w ostatnią sobotę przed Bożym Narodzeniem. Spowodowane to jest poszukiwaniem przez klientów tanich okazji last minute. Obniżki cen stosują teraz także sprzedawcy spoza centrów handlowych i klienci nie odczuwają presji na wcześniejsze zakupy.
Sezon wielkich zakupów to tradycyjne żniwa dla handlu - daje 1/4 rocznych przychodów detalu oraz większą część zysków jubilerów, sklepów ze sprzętem elektronicznym i ubraniami. Największa światowa sieć handlu detalicznego Wal-Mart ogłosiła, że sprzedaż w listopadzie już jest większa o 4,3% niż w ubiegłym roku. Podobny sukces odnotowały sklepy Target.
Handlowcy w USA spodziewają się jednak gorszych wyników i wiążą to z niechęcią klientów do dużych wydatków w końcu roku. Oszczędność Amerykanów tłumaczy się kosztami huraganów Katrina i Rita oraz wyższymi cenami ogrzewania domów (droższe paliwa), co mieszkańców USA dopiero uderzy po kieszeni. Analitycy rynku mimo to twierdzą, że spadek obrotów nie będzie pokaźny i bilans uratują zakupy sprzętu elektronicznego.