Wtorkowa sesja nie wniosła absolutnie niczego do obrazu rynku. Udana końcówka pozwoliła zakończyć dzień w okolicy poprzedniego zamknięcia. Najbliższym krótkoterminowym wsparciem stała się średnia krocząca z 15 sesji. Obroty utrzymują się na dosyć wysokim poziomie, co może w tym przypadku oznaczać postępującą dystrybucję akcji.
Indeks WIG20 znajduje się już bardzo blisko swego rocznego maksimum. Dzieje się to, czego spodziewało się wielu analityków - rynek rośnie, choć bez specjalnego przekonania. Duże wsparcie nasz krajowy parkiet otrzymuje na bieżąco z giełd zachodnich, których to podstawowe wskaźniki biją swe rekordy. W takiej otoczce trudno się spodziewać, aby giełda w Warszawie spadała, mając na względzie nadal jeszcze dobre perspektywy gospodarki (złoty znów umocnił się o kilkanaście groszy). Chwilowym motorem napędowym stały się akcje KGHM, rosnące dzięki zwyżce cen wydobywanego przez niego surowca. Inne spółki z indeksu poruszają się raczej w trendach bocznych.
Od strony technicznej nadal wzrasta prawdopodobieństwo powstania na wykresie formacji podwójnego szczytu. Niekoniecznie od razu miałaby ona się zrealizować, ale spadek do średniej kroczącej ze 100 sesji wydaje mi się bardzo realny. Może nie widać tego aż tak na wykresie, ale rynek jest coraz słabszy. Wskaźniki też nie rosną, a w zasadzie rozeszły się we wszystkich możliwych kierunkach. Tym samym nie wyprzedzają one na razie zachowania samego indeksu.
W tym kontekście lada moment zaczną się oczekiwania na "efekt stycznia". Pytanie tylko, czy jest szansa na jego wystąpienie, w sytuacji kiedy wartość indeksu jest tak wysoka (wcale nie chcę powiedzieć, że nie jest ona uzasadniona po części wynikami firm)? Mając na względzie wysokie stopy zwrotu wypracowane przez instytucje zarządzające kapitałem w trakcie roku, odnoszę wrażenie, że zbędne będzie ich dodatkowe "poprawienie" w grudniu, a pokusa realizacji zysków w nowym roku obrotowym może się zwiększyć już na początku stycznia. Wtedy spodziewany "efekt" zamieni się w "defekt".