Długa, pozbawiona cieni, biała świeca powstała na wykresie tygodniowym po sesji piątkowej nie pozostawiała wątpliwości co do tego, która strona dyktuje warunki w ujęciu długoterminowym. Nie oznacza to, że inwestorom obce są rozterki i powątpiewanie.

Przed notowaniami poniedziałkowymi zadawali oni sobie typowe dla sytuacji tuż po ustanowieniu nowego szczytu pytania o trwałość przekroczenia poprzedniego maksimum. W naszym wypadku były one uzasadnione niewielką skalą naruszenia październikowego szczytu. Drugim powodem, dla którego wzrastała ujemna baza i niepewność uczestników gry, była wewnętrzna linia 7-miesięcznego trendu wzrostowego. Na sesji poniedziałkowej wykres pochodnej podjął próbę przedostania się ponad owo ograniczenie. Udana, ugruntowałaby piątkowe zdobycze popytu, umożliwiając dalszy ruch kontraktu we wnętrzu miesięcznej formacji wznoszącego się kanału. A być może wzrost w okolice jego pułapu położonego na 2620 pkt. Z kolei porażka mogłaby dość poważnie nadszarpnąć wiarę we własne siły strony popytowej i spowodować pojawienie się pytań o przyszłość długoterminowej tendencji wzrostowej (formacja "M").

Początek poniedziałkowej sesji przyniósł kontynuację doskonałej passy trwającej już cały tydzień. Im dłużej jednak trwała stabilizacja na poziomie otwarcia, tym bardziej narastało zniecierpliwienie brakiem kontynuacji piątkowego ruchu, a finałem był podażowy fixing. Okazja, by zdecydowanie oddalić się od strefy wsparcia, nie została zatem wykorzystana. Taki przebieg notowań sugeruje dalsze nerwowe zmagania z wewnętrzną linią trendu wzrostowego i balansowanie na granicy październikowego szczytu. Oscylatory nie wysyłają na razie ostrzegawczych sygnałów, chyba że za takowe uznamy potencjalną negatywną dywergencję na CCI.