Poniedziałkowy spadek cen tuż po wyznaczeniu nowych rekordów hossy nie był przypadkowy. To oznaka słabości. Można było ją jeszcze zanegować wczoraj rano, ale ponownie popyt nie stanął na wysokości zadania. Wprawdzie tuż przed 10.00 mieliśmy ciekawy strzał w górę, ale nic z tego nie wyszło. Po chwili konsolidacji ceny zaczęły spadać. Po 12.00 odnotowaliśmy minima sesji już pod poziomem poniedziałkowych notowań. Tym samym potwierdzona została słaba kondycja kupujących.
Po szybkim spadku druga część sesji to próba odbicia, która jednak nie przyniosła skutku. Tym bardziej że była widoczna tylko na rynku terminowym. Indeks nawet nie próbował się wspiąć. Wykres WIG20 wykreślił małą konsolidację tuż nad minimami sesji, co raczej sugerowało, że spadek nie został jeszcze zakończony.
Taka słabość kupujących przy szczytach może źle wróżyć. Nic jeszcze straconego, ale jeśli zbliżymy się do poziomu konsolidacji z listopada, może być gorąco. Myślę, że ewentualny spadek cen na niższy poziom szybko sprowadziłby nas w okolice dołka z października. Nie jest nawet wykluczone, że ten dołek zostałby poprawiony, choć o niczym by to jeszcze nie świadczyło. Nadal bowiem najważniejszą dla oceny perspektyw rynku w dłuższym terminie jest konsolidacja z sierpnia.
Słabość popytu może jeszcze potrwać, choć na razie nie pociąga ona za sobą poważniejszych konsekwencji. Jest całkiem możliwe, że wczorajszy dołek nie był ostatnim w ramach tej małej zniżki. Mimo wszystko trzeba zauważyć, że nie jest to jeszcze początek bessy. Przypomnę, że cały czas nie było widać euforii i dopiero jej pojawienie się będzie dla nas wskazówką, że szczyt może być już wyznaczony. Do tego czasu hossa jest obowiązującym terminem opisującym nasz rynek.