Giełdą w Japonii wstrząsnął kolejny skandal. Sprawa zaczęła się w zeszły czwartek, gdy dom maklerski Mizuho Securities złożył błędne zlecenie sprzedaży papierów debiutującej na parkiecie spółki telekomunikacyjnej J-Com: zamiast sprzedaży jednej akcji za 610 tys. jenów, polecił sprzedać 610 tys. akcji (42 razy ponad całkowitą pulę papierów!) po 1 jenie za każdą. Zlecenia nie zdołał anulować. W niedzielę giełda przyznała, że to przez błąd w jej systemie. Straty z wykonania transakcji będą kosztować Mizuho ponad 40 mld jenów (340 mln USD).
1 listopada giełda zaliczyła już jedną wpadkę - przez 4,5 godz. inwestorzy w ogóle nie mogli handlować akcjami.
Drugi błąd w krótkim czasie przebrał miarkę cierpliwości. Wczoraj strażnicy japońskiego rynku kapitałowego ogłosili, że system komputerowy na giełdzie jest wadliwy i trzeba go szybko naprawić. Giełda musi przeanalizować, dlaczego doszło do ostatnich incydentów i podjąć kroki, by do podobnych zdarzeń nie dochodziło w przyszłości. Na opracowanie i przedstawienie planu działań ma czas do końca stycznia.
Szefowie tokijskiej instytucji ze skruchą przyjęli reprymendę. "Chcemy przeprosić za niedogodności stworzone inwestorom i za podważenie zaufania do rynku papierów wartościowych" - przekazał w oświadczeniu Takuo Tsurushima, prezes giełdy. Po zdarzeniu z zeszłego tygodnia prezes przyznał, że może podać się do dymisji.
Tymczasem Mizuho ma szansę odzyskać choć część niefortunnie straconych pieniędzy. Negocjuje z Nikko Cordial zwrot 1,1 mld jenów, które to biuro maklerskie na transakcji zarobiło. Prowadzi też rozmowy z innymi beneficjentami operacji. Według mediów, są wśród nich Morgan Stanley, Lehman Brothers, CSFB, Nomura i UBS.