Wczorajsza sesja w pewnością nie była radosną reakcją na ustanowione dzień wcześniej rekordy indeksu. Wprawdzie udało się wyjść jeszcze wyżej, ale tylko na początku sesji. Jeszcze przed nastaniem południa kursy zaczęły słabnąć. Zarówno na rynku terminowym jak i kasowym nie widać było zbytniej chęci do szarży.
W efekcie mamy za sobą kolejną sesję, jak kilka poprzednich, w czasie której zaliczenie nowego szczytu hossy nie spowodowało silniejszego impulsu po stronie popytu. Ostatnio nie przynosiło to posiadaczom długich pozycji poważniejszych konsekwencji, ale nie musi to oznaczać, że tym razem będzie podobnie. Zauważmy, że cały ten wzrost w dziewicze tereny jest nieco podejrzany za sprawą małej aktywności graczy. Nie widać wzmożonego handlu po żadnej za stron. Fakt - popyt jest nieco mocniejszy, bo ceny rosły, ale podaż jest dziwnie bierna. Wygląda na to, że albo wszyscy więksi gracze są z tym ruchem pogodzeni, albo jest im on obojętny. To pierwsze można zrozumieć, bo to oznacza dobrą końcówkę roku, ale jeśli prawdziwsza jest ta druga wersja? Dlaczego ten ruch miałby być im obojętny? Być może nie wiążą z nim większych nadziei. Dla nich liczą się ostatnie dni grudnia i być może ten wzrost pojawił się zbyt wcześnie.
Wątpliwości to jednak jeszcze nie sygnał. Sytuacja jest może mało wygodna, ale nie ma na razie żadnych racjonalnych, na bazie analizy technicznej, przesłanek do pozbywania się długich pozycji. Na razie żaden poziom wsparcia nie został pokonany. W każdym horyzoncie czasowym mamy trend wzrostowy. Próby łapania szczytów w takiej sytuacji obarczone są bardzo dużym ryzykiem porażki. Słabość w drugiej części sesji nie była na tyle znacząca, by wywołać sygnały sprzedaży, choć sama w sobie lekko niepokoi.