Końcówka roku jest okresem, w którym spadki właściwie nikomu nie są na rękę. Przyjąwszy takie założenie, posiadacze akcji większości spółek mogli spokojnie zająć się przygotowaniami do świąt oraz poszukiwaniem sylwestrowej kreacji. Niestety, pewności co do przyszłego zachowania rynku nigdy mieć nie można. Jednak w tym roku prognoza, wedle której znacznych uszczerbków finansowych pod koniec grudnia mogą doznać przede wszystkim posiadacze krótkich pozycji na kontraktach, miała znacznie większą szansę na realizację, niż przewidywania poważniejszych spadków. Nie zmienia to faktu, że rekordy indeksów ustanawiane niejako na zamówienie, mogą nieco dziwić, w końcu od pewnego czasu momentami jesteśmy najsilniejszym rynkiem na świecie. Sytuacja taka ma niewątpliwie mocne uzasadnienie fundamentalne, ponieważ - jak pokazują prezentowane ostatnio dane makroożywienie naszej gospodarki jest coraz silniejsze.
Zdziwienie wysokimi poziomami indeksów na GPW będzie mniejsze (lub zamieni się w inny rodzaj zdziwienia), gdy przypomnimy sobie sesję piątkową, po której wygasały kontrakty terminowe serii Z. Ostatnia godzina notowań najważniejszych spółek z WIG20 to była prawdziwa uczta dla oczu. Na każdej z nich zawarto po kilkadziesiąt transakcji, opiewających na dokładnie taki sam wolumen (oczywiście inny dla każdego waloru, np. dla TP to było 3402 sztuki). Nie wnikając w motywy takiego sposobu handlowania, można stwierdzić jedno: ktoś usiłował "czarować" rynek, choć w odpowiednich ustawach znalazłoby się może bardziej stosowne określenie. Skoro "czarował", to czemu nie miałby robić tego nadal? W końcu ceny zamknięcia roku są podstawą wielu pożytecznych obliczeń. Nie można na pewno odrzucić tezy, że oto dyskontujemy świetlaną przyszłość polskiej gospodarki, ale jeśli powyższe obawy są słuszne, to styczeń może sprawić inwestorom wiele przykrości. Czego nikomu nie życzę.
Zwróć uwagę:
Konsekwentnie: Getin i MNI, choć obawiam się korekty.