Złoty się umacnia, podstawowe wskaźniki giełdowe są na wysokich poziomach, poprawiła się sytuacja na rynku obligacji. Innymi słowy: inwestorzy wracają na polskie rynki finansowe. Czyżby nikt już nie przejmował się niestabilną sytuacją polityczną i ryzykiem rozpasania finansów publicznych? Czy też są jakieś inne okoliczności zachęcające do inwestowania w Polsce?
Reakcja po wyborach była absolutnie uzasadniona. Od miesięcy większość uczestników rynku obstawiała scenariusz zakładający utworzenie większościowej koalicji. W dodatku koalicja ta miała, zdaniem praktycznie wszystkich, przeprowadzić zdecydowanie prorynkowe reformy. Co prawda, szczegóły planu reform nie były znane, ale w niczym to nie przeszkadzało. Tym bardziej że późny termin wyborów praktycznie przekreślał szanse na wprowadzenie najpoważniejszych zmian już w 2006 r. Celem był rok 2007, czasu na przygotowanie konkretnych działań było więc sporo.
Dodajmy jeszcze, że - w powszechnym odczuciu - PO kojarzona była z liberalnym podejściem do gospodarki, a PiS-owi przyklejono łątkę socjalisty. Po części zresztą wynikała ona z wypowiedzi niektórych polityków tej partii.
Kiedy zatem koalicja nie powstała, musiała zapanować ogólna nerwowość. Nie dość, że poszło inaczej, niż zakładały scenariusze, to jeszcze rządy przejęła partia, która może nie chcieć robić porządków w finansach publicznych. Tak w każdym razie niektórzy próbowali ją przedstawiać. A skoro rząd ukonstytuował się między innymi głosami LPR i Samoobrony to dochodził jeszcze aspekt unijny. Trzeba też wspomnieć o wypowiedziach kilku członków rządu, które, mówiąc delikatnie, mogłyby być bardziej wyważone.
W sumie, biorąc pod uwagę wzrost ryzyka, zachowanie inwestorów i tak było spokojne. Z pewnością czynnikami stabilizującymi były fakt naszego uczestnictwa w UE i dobre fundamenty gospodarki.