Zwyżka kursów, kiedy trend długoterminowy ma kierunek wzrostowy, nie może być zaskoczeniem. Niemniej tempo, w jakim WIG20 wspina się na północ, jest zadziwiające. W zwyżce bierze udział wiele spółek. W ciągu dwóch pierwszych dni stycznia wzrosły kursy 177 firm, 50 spadły. Tak mocne otwarcie nowego roku prowokuje do porównań z początkiem 2004 roku, kiedy również mieliśmy mocną zwyżkę na dwóch pierwszych sesjach. Styczeń sprzed dwóch lat skończył się jednak mało szczęśliwie dla posiadaczy akcji - po ostrej zwyżce mieliśmy długą konsolidację i wybicie z niej w dół. W obecnym stanie rynku powtórka z historii jest możliwa. Inwestorzy potrafią bowiem zmieniać zdanie o warszawskiej giełdzie niezwykle szybko, czego dowodem jest zachowanie rynku przed i po sylwestrze.

Na razie na powtórkę z historii niewiele wskazuje. Spojrzenie na grupę spółek, która w największym stopniu przyczyniła się do zwyżki indeksów i zachowanie innych rynków wschodzących pokazuje, że globalni inwestorzy nie zapominają o emerging markets. Sygnały słabości amerykańskiej gospodarki (indeks ISM wyniósł 54,2 pkt w grudniu, wobec oczekiwanych 57,5 pkt) przy utrzymującej się niskiej rentowności 10-letnich obligacji (spadek poniżej ważnego poziomu 4,4%), skłaniają do poszukiwania lokat na innych rynkach, w tym również wschodzących. Te czynniki nie ustąpią szybko.

Z drugiej strony spójrzmy na rosnący optymizm, zwiększającą się zmienność rynku i coraz wyższe obroty. Na marginesie, ostatni w zeszłym roku odczyt Wigometru (-50 pkt) nie zmienia faktu, że średnia wartość tego wskaźnika z czterech tygodni znajduje się w trendzie wzrostowym. Jednocześnie zarządzający w krajowych instytucjach mogą być zaskoczeni rozwojem wydarzeń. Dołączenie do grona kupujących rodzi zagrożenie, że inwestorzy zagraniczni zdecydują się na realizację zysków i zapomną o naszym rynku. Dyskomfort związany z biernym patrzeniem na wzrost kursów i wrażeniem, że coś ucieka, jest być może jeszcze większy.