W przyszłym tygodniu Europarlament będzie głosować nad rezolucją odrzucającą porozumienie budżetowe, osiągnięte przez państwa członkowskie na grudniowym szczycie w Brukseli. "Nie gwarantuje ono budżetu, który wzmocni dobrobyt, solidarność i bezpieczeństwo w przyszłości" - czytamy w dokumencie.
Stanowisko PE nie powinno dziwić. Jeszcze w czerwcu 2005 r. posłowie żądali, aby budżet na kolejne siedem lat wyniósł 973,9 mld euro. Brytyjska prezydencja zdołała obniżyć ten pułap o ponad 90 mld euro i doprowadzić do kompromisu na szczycie Unii. Austrię, która przewodniczy pracami UE w tym półroczu, czekają teraz negocjacje, by doprowadzić do wspólnego stanowiska trzech instytucji - Parlamentu, Komisji i Rady Europejskiej.
Rozmowy rozpoczną się 23 stycznia, kiedy Wiedeń uzyska mandat negocjacyjny od rządów państw Unii. W krótkiej historii siedmioletnich budżetów (obowiązują od 1988 r.) Parlamentowi już dwa razy udało się zwiększyć finanse Unii (o 3,6 mld euro w 1988 r. i o 2,5 mld euro w 1999 r.). Czy będzie tak i teraz? I jakie są szanse, by Polska uzyskała więcej niż wynegocjowane w Brukseli 91,03 mld euro?
- Nie widzę problemu z wywalczeniem pieniędzy na programy dla młodzieży, na rzecz kultury, badań i rozwoju oraz na niektóre programy polityki zagranicznej - mówił J. Lewandowski (PO), europoseł, który weźmie udział w negocjacjach. Na takie fundusze mogą liczyć zarówno nowi członkowie Unii, jak i bogate państwa-płatnicy do budżetu. - Najtrudniejsze do zdobycia będą pieniądze na politykę regionalną - przyznał J. Lewandowski.
Przewodniczący nie chciał spekulować, ile dodatkowo może uzyskać Polska. - Wiadomo, że do takiego poziomu finansowania, na jaki liczyliśmy, brakuje nam około 2 mld euro. Wynegocjowanie takiej sumy dla jednego kraju byłoby jednak rekordem świata - tłumaczył. Jego zdaniem, naszą pozycję osłabia też fakt, że rząd otwarcie deklarował zadowolenie z grudniowego kompromisu.