W piątek Piotr Marczak, dyrektor departamentu długu publicznego w Ministerstwie Finansów poinformował, że rozpoczęła się budowa książki popytu na emisję euroobligacji. Wartość oferty to ok. 3 mld euro (Fitch nadał jej rating BBB+). Przy okazji stwierdził, że wprawdzie obecnie nie ma skonkretyzowanych planów kolejnych emisji, ale nie są one wykluczone.
- Nie można powiedzieć, że nie będzie dalszych emisji zagranicznych w tym roku - stwierdził. - Na razie realizujemy plan na I kwartał. Ewentualne kolejne emisje będą na bieżąco ustalane przy planach na kolejne kwartały - dodał.
W tej wypowiedzi nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kilka dni wcześniej inny urzędnik resortu finansów mówił coś odmiennego.
- Ministerstwo Finansów nie ma planów emisji długu za granicą poza przyszłotygodniową emisją euroobligacji - stwierdził wiceminister finansów Cezary Mech.
Tę wypowiedź rynek odebrał jako informację, że resort finansów nie będzie zadłużał się za granicą. To wskazywałoby, że ugiął się pod naciskami premiera i członków Rady Polityki Pieniężnej, którzy wskazywali, że sprzedaż uzyskiwanych z emisji zagranicznych walut prowadziła do nadmiernego wzmocnienia złotego. W tej sprawie z Mechem rozmawiał premier Kazimierz Marcinkiewicz. Z kolei członkowie RPP wielokrotnie zwracali uwagę, że gdyby nie operacje resortu finansów, złoty mógłby być tańszy. Według Haliny Wasilewskiej-Trenkner, kurs euro w takiej sytuacji wynosiłby ok. 4 zł.