NAK Naftohaz poinformował, że przełożył spodziewane podpisanie umowy ze spółką RosUkrEnergo, pośredniczącą w sprzedaży gazu z rosyjskiego Gazpromu (gazowy gigant ma w niej połowę udziałów). Powody decyzji nie są znane.
Sprawa odwleka się po raz kolejny - umowa miała zostać parafowana już w sobotę, jednak wówczas Naftohaz także się wycofał. Premier Ukrainy Jurij Jechanurow argumentował, że stało się tak z powodu sporów co do zadań powstającej spółki joint venture, a także aktywów, jakie miałaby ona kontrolować. W międzyczasie Gazprom oskarżył stronę ukraińską o "podbieranie" paliwa, które tranzytem płynie z Rosji przez Ukrainę do Europy Zachodniej. Wczoraj prezes rosyjskiego koncernu potwierdził te zarzuty. - Gaz jest pobierany w jeszcze większym zakresie niż wcześniej - powiedział Aleksiej Miller podczas wizyty w Petersburgu. - Praktycznie codziennie zwiększamy objętość gazu dostarczanego na granicę Rosji i Ukrainy, jednak niedobór paliwa w Europie codziennie rośnie. Rosną też ilości paliwa, które pozostaje na Ukrainie - powiedział prezes Gazpromu.
Przedstawiciele Naftohazu nie chcą komentować zarzutów Gazpromu. Szef rządu Jurij Jechanurow co prawda potwierdził, że Ukraina rzeczywiście zwiększyła pobór gazu płynącego do Europy Zachodniej, dodał jednak, że nie jest to sprzeczne z ustaleniami ze stroną rosyjską. - Problemy wywołują ci, którzy chcą kolejnej wojny informacyjnej - oświadczył Jechanurow.
Dogadując się w sprawie dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę na początku stycznia, Gazprom i Naftohaz uzgodniły, że joint venture z udziałem obu firm powstanie najpóźniej do końca miesiąca. Przypomnijmy, że zawarte 4 stycznia porozumienie zakłada sprzedaż rosyjskiego gazu Ukrainie po 95 USD za 1000 m3, czyli cenie prawie dwa razy wyższej od dotychczasowej.
Bloomberg, PAP