Zanotowaliśmy rekordowy w tym roku spadek. Rekordowa była też rozpiętość, która do tej pory (aż) trzykrotnie przekroczyła magiczne 100 pkt (9, 16, 23 styczeń). Taki nerwowy styczeń wywołuje sporo emocji i pewnie większość inwestorów takie zachowanie rynku potraktuje jako dramat, a media zrobią z tego początek bessy. Ja bardzo nie lubię, gdy na giełdzie pojawia się taki "owczy pęd" i chętnie przypomnę, że dopiero co byliśmy pod szczytami bardzo długiej i silnej hossy. Rozmiar spadku nie może być rozpatrywany bez odniesienia do dynamiki wzrostów i liderów prowadzących rynek na szczyty (KGHM).
Wzrosty nie budziły aż tak dużych emocji, a z ignorowania złych informacji (KGHM!) czyniono zaletę i siłę rynku. Słusznie, ale zawsze po okresie byczej bezkarności przychodzi nagle gwałtowna korekta. Korekta typowa dla ostatniej zmienności i skali wzrostów. Dla zobrazowania sytuacji w nieco dłuższym terminie przypomnę fragment Weekendowej z połowy stycznia - Porównując średnie miesięczne procentowe zmiany WIG20 od 1995 roku, to okres od grudnia do końca lutego wypada najkorzystniej. Gdyby założyć, że indeks w styczniu wzrośnie zgodnie z tą historyczną średnią, to skończylibyśmy miesiąc na poziomie 2811 pkt (luty 2933 pkt).
Nie była to żadna prognoza, a wniosek z tego wynikający jest tylko taki, że to nie wczorajsza korekta była zbyt silna, ale wcześniejszy wzrost na nowe szczyty. Pod te szczyty na najbliższych sesjach nie wrócimy, ale początku bessy mimo tej dynamiki spadku jeszcze bym nie ogłaszał. Przekonuje też do tego fakt, że dwudniowa korekta trzy tygodnie temu od szczytu zabrała 121 pkt, a po czterech sesjach pogłębiona została do 144 pkt. W kolejnym tygodniu byliśmy już na nowych szczytach. Wczoraj WIG20 oddalił się od wierzchołka zaledwie o 172 pkt.