Czarny wtorek, jak już zdążyła go ochrzcić prasa, nie pozostawił wielkich złudzeń co do początku wczorajszej sesji. Rzeczywiście, WIG20 na otwarciu zanurkował o 1,5% naruszając tym samym wsparcie na poziomie 2800 pkt, jednak kolejne minuty należały do byków, które doprowadziły do wzrostu indeksu o 65 pkt. Potem było spokojniej, a ruch boczny nieco powyżej poziomów odniesienia pozwolił na częściowe wyciszenie emocji.

Takie wrażenie można było odnieść z obserwacji WIG20. Jednak rzut oka na mniejsze walory nie pozostawił wątpliwości, że na GPW są inwestorzy lubiący dynamiczną grę. Akcje tradycyjnie rosnące do nieba, jak Alchemia czy Skotan odpoczywały, za to ich rolę godnie przejął Swissmed (chwilami drożejący o ponad 50%), zaś spółek, które rosły o ponad 10%, było wczoraj kilkanaście. Daleko im oczywiście do wtorkowego wyczynu Ganta, za którego akcje po uwzględnieniu prawa poboru inwestorzy musieli płacić dwa razy więcej niż dzień wcześniej. Nawiasem mówiąc, jest to ciekawy przypadek (podobnie jak wcześniej Alchemii czy Próchnika, a na początku marca wspomnianego już Swissmedu), kiedy to WZA uchwala parametry nowej emisji oraz termin ustalenia prawa poboru, a spółka ma niezatwierdzony przez KPWiG prospekt emisyjny. Zastrzeżenia Komisji mogą spowodować, że po czasie okaże się, iż Gant nie wzrósł o 100%, a spadł o połowę. Na razie problem mają akcjonariusze Próchnika, a pozostałych spółek - stan niepewności. Inna sprawa, że rynek płaci za ryzyko, a nie za pewność. Nie wiemy zatem, w którą stronę podąży giełda.

Szaleństwo na giełdowym "drobiazgu" oraz wtorkowe tąpnięcie każą przypuszczać, że znajdujemy się gdzieś w okolicach średnioterminowego szczytu, co nie oznacza, iż jeszcze nie przetestujemy ostatniego wierzchołka. Z kolei dobra kondycja gospodarki daje nadzieję na kontynuację hossy. Wprawdzie porozumienie PiS z LPR i Samoobroną wystawia rynki na poważną próbę, ale w końcu nie takie rzeczy przetrzymaliśmy.

Zwróć uwagę:

Szaleństwo na mniejszych spółkach nie pozostawia miejsca na rzeczową analizę.