Co nas nie zabija, to wzmacnia. To chyba prawda, ale na rynku finansowym konsekwencje tej zasady zależą jednak od głównego trendu i dominującego nastroju. Kiedy jest "byczo", rozochoceni inwestorzy często ignorują nawet i cały zestaw gorszych wiadomości. Z równym entuzjazmem wpadają jednak w histerię, gdy w niedźwiedzim trendzie napotkają dodatkowo informacje utwierdzające rynek w pesymizmie.
Triumf optymizmu rynków widać było w ubiegłym roku - inwestorzy zarabiali i podbijali ceny mimo kilku plag, które teoretycznie powinny skutecznie psuć nastroje (droga ropa, zamachy terrorystyczne, żółwie tempo strefy euro, polityczne zamieszanie w Polsce itd.). Pod koniec pierwszego miesiąca nowego roku świat trzymał się nadal całkiem krzepko, a analitycy optymistycznie patrzą na szanse globalnej gospodarki, mimo że wielu spodziewa się osłabienia tempa rozwoju (hamują Stany, a strefa euro przyspiesza z gracją żółwia).
Ale diabeł, oczywiście, nie śpi. Wskaźniki rynkowe (typu: P/E) wyglądają przyzwoicie, co nie zmienia faktu, że nominalnie akcje wielu firm sporo podrożały. Prognozy wzrostu zysków np. dla spółek europejskich są nadal pozytywne, ale jednak niższe niż spektakularne przyrosty z lat 2004-2005. Trzeba się więc liczyć się z uspokojeniem kursowej wspinaczki i nie wykluczać ryzyka nawet istotnych wahań cen i indeksów.
Diabeł może pojawić się także i z innych przyczyn. W ramach oswajania naszego rynkowego diabła - proponuję zastanowienie się nad hasłowym katalogiem wybranych czynników ryzyka inwestycyjnego A.D. 2006:
l ceny ropy i paliw - ewentualny dalszy trwały wzrost cen ropy ponad maksimum z 2005 r.