Maszynka do zarabiania pieniędzy, czyli giełda, powoli zaczyna się zacinać. O ile jeszcze możemy mówić (albo już nie) o superhossie na małych i średnich spółkach, gdzie majątek próbują zbić krajowi spekulanci, o tyle na inwestycjach w akcje dwudziestu największych spółek można zarobić już tylko na dropsy dla dzieci. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nawet po bardzo dużych, kilkudziesięcioprocentowych wzrostach, spółki mniejsze wyglądają w średnim terminie atrakcyjniej niż spółki z WIG20. Oczywiście, dotyczy to spółek o solidnych podstawach fundamentalnych, a nie spółek, "wydmuszek" czy też o ujemnych kapitałach, "pociągniętych" w czasie hossy do kosmicznych wartości. Jest to dość śmiała teoria, ale sądzę, że w obliczu wyprzedaży akcji dużych spółek, krajowy kapitał z dużym prawdopodobieństwem schroni się w mniejszych firmach. Stąd nasuwa się wniosek, że podczas tej korekty będą emisje, na których da się zarobić. Trzeba więc na rynek spojrzeć selektywnie, a nie całościowo.
Ubiegły tydzień z pewnością dał sygnały ostrzegawcze dla posiadaczy akcji. Wtorkowa i piątkowa spadkowa sesja to zdecydowanie nie przypadek. Magia 3000 punktów na WIG20 prysła w ciągu chwili. Wygląda na to, że duzi inwestorzy wykorzystali oczarowanie tą okrągłą liczbą i zaczęli pozbywać się akcji. Indeksy "pikowały" w dół, jakby miała nastąpić jakaś wielka katastrofa. Determinacja sprzedających była na tyle duża, że wystraszyła większość chętnych do zakupu akcji. Słabe obroty na spadku są wprawdzie z technicznego punktu widzenia pozytywne, ale z doświadczenia wiem, że to nic dobrego. Niskie obroty pokazują bowiem, że okolice 2800 pkt dla WIG20 są zbyt wysokie i nieatrakcyjne dla kupujących, stąd ich bierność na rynku. Przy jakim poziomie pojawi się agresywny popyt, który "zbierze" podaż, trudno jest wyrokować, ale wydaje mi się, że poziom równowagi dla WIG20 to okolice 2650 pkt. Dodatkowy kłopot dla posiadaczy akcji to bliskość korekty na giełdach zagranicznych.
Zwróć uwagę:
Na gotówkę w portfelu - wygląda na to, że będzie taniej.