W ostatnich dniach nasz kraj doprowadził nieomal do kryzysu Unii Europejskiej. Groził odmową zgody na utrzymanie w części krajów "starej" Unii obniżonych stawek VAT na niektóre pracochłonne usługi. Paradoks polegał na tym, że w gruncie rzeczy nie mamy nic przeciwko takim stawkom. Dla nas nie ma praktycznie znaczenia, jaki VAT płacą francuskie restauracje, bo tak czy owak nie stanowią dla nas żadnej konkurencji.
Po kilku dniach groźnych wypowiedzi zgodziliśmy się w końcu na kompromis. Dokładnie taki, jaki nam od początku oferowała Komisja. Po co więc cała awantura i jakie ma dla nas znaczenie?
Patrząc na całą sprawę od strony merytorycznej należy stwierdzić, że mieliśmy w sporze sporo racji. Nie chodzi o same stawki VAT we Francji, ale o zasadę - czemu w tej sprawie mamy ustąpić, skoro inne kraje Unii nie chcą ustąpić w sprawie, na której z kolei nam zależy? Czyli w sprawie niższych stawek VAT na nowe mieszkania. Nasz rząd, testując, czy dałoby się utworzyć blokującą decyzję "koalicję niezadowolonych" (złożoną z Polski, Czech i Cypru), zachował się całkiem słusznie - a nuż udałoby się sprzedać nasz głos w sprawie zachodnioeuropejskiego VAT-u w zamian za ustępstwa na naszą korzyść w sprawie VAT-u na mieszkania?
Na tym jednak rozsądne zachowanie skończyło się. Inne kraje Unii najwyraźniej nie ugięły się przed naszą groźbą, a Komisji udało się rozbić koalicję, namawiając wszystkich naszych sojuszników do akceptacji kompromisu. Zostaliśmy sami. Znaleźliśmy się więc w sytuacji, w której nie było szans na przeforsowanie naszych najważniejszych postulatów w sprawie VAT, a jedyną rozsądną decyzją było wytargowanie poparcia zainteresowanych kompromisem krajów Unii w innych głosowaniach (których są przecież dziesiątki), w zamian za nasze poparcie dla niższego VAT-u dla francuskich restauracji.
Zamiast tego, do ostatniego momentu groziliśmy, że zawetujemy porozumienie. Na koniec przedstawiciele naszego rządu pojechali do Wiednia i po krótkiej rozmowie zgodzili się grzecznie na propozycje, które leżały na stole od wielu dni - i o których jeszcze dwa dni wcześniej mówili, że są nie do zaakceptowania.