W ostatnich miesiącach dane o miernikach inflacji bazowej, prezentowane przez NBP, przechodzą bez echa. No cóż, najwyraźniej są za mało sensacyjne. Ewentualne zmiany mierników porównywane są najwyżej ze zmianami wskaźnika CPI. A w dodatku, obserwowana przez rynek z największą uwagą inflacja netto (oczyszczona z wpływu zmian cen żywności i paliw) nie odbiega od - szacowanej na podstawie GUS-owskich danych - bieżącej dynamiki cen.
Czy faktycznie w danych o inflacji bazowej nie ma nic, co skłoniłoby do głębszej refleksji?
Weźmy ostatnie dane za grudzień, a w nich dwie najbardziej rzucające się w oczy kwestie. Po pierwsze, inflacja netto. Jej roczny wskaźnik, podobnie jak w listopadzie, wyniósł 1,1%. Wciąż więc pozostaje wyraźnie poniżej dolnych widełek celu inflacyjnego, dowodząc, że trudno dyskutować u nas o nadmiernej presji cen (a niedawne spadki to nie tylko efekt szczególnej sytuacji na rynkach żywności i paliw). Warto tu przypomnieć, że inflacja netto nazywana jest czasem stabilniejszą wersją inflacji konsumenckiej. Jest bowiem odporna na najbardziej typowe szoki podażowe. Od października 2002 r. jej poziom stale utrzymuje się poniżej celu, tj. 2,5%. Nie zmienił tego nawet unijny szok cenowy (objawiając się w tym mierniku głównie przez zmiany stawek podatków pośrednich - głównie w budownictwie). Po drugie, w danych NBP szczególnie prezentuje się wskaźnik w formule wykluczającej ceny kontrolowane. W grudniu po raz drugi z kolei okazał się ujemny. W dodatku pogłębił skalę deflacji z -0,1% do -0,4%. Oznacza to, że za dynamikę inflacji głównie odpowiadają towary i usługi o cenach kontrolowanych bądź zawierających znaczący udział podatków pośrednich. Wystarczy wymienić tu paliwa, nośniki energii, wyroby tytoniowe. Wypada podkreślić, że w tych dość specyficznych grupach zależności wskazywane jako klasyczne, czyli - podaż, popyt, cena - mają raczej ograniczone zastosowanie. Reszta koszyka natomiast w skali rocznej tanieje, i to coraz szybciej. W zasadzie więc jedynie podwyżki urzędowe oraz wzrosty podatków pośrednich ratują nas przed koniecznością oficjalnego przyznania się do deflacji.
Podchodząc do problematyki aktualnej i przyszłej inflacji stale działamy zbyt ostrożnie. Gdzie więc tkwi problem? Gdzie zbyt mocno dmuchamy na zimne? Najprawdopodobniej chodzi tu o żywność. Szoki podaży w tej grupie są największym źródłem kłopotów władz monetarnych. W dodatku nasza sytuacja i możliwości podejścia do zmian cen żywności są wyraźnie inne niż w krajach bogatych. My wciąż jesteśmy mało zamożni - żywność i napoje bezalkoholowe to blisko 30% naszego koszyka towarów i usług konsumpcyjnych. Jest to zdecydowanie więcej niż w krajach bogatszych, gdzie udział ten zbliżony jest do 10% (a jeśli nawet nieco większy, to z powodu towarów żywnościowych luksusowych czy bardzo wysoko przetworzonych - gdzie ewentualne zmiany cen surowca nie muszą się aż tak znacząco odbić na koszcie produktu).
Porównajmy więc skutki u nas i "tam" pojawienia się szoku podaży podbijającego ceny żywności o dodatkowe 5%. U nas ogólny wskaźnik inflacji wzrośnie z tego tytułu o 1,5 pkt, natomiast "tam" o około 0,5 pkt proc. - czyli wartość, którą niemal można zignorować. Zauważmy, że owe 1,5 pkt w sytuacji zwyczajnej (kiedy poruszamy się blisko celu inflacyjnego) niemal na pewno wybiłoby nas z dopuszczalnego poziomu wahań (od +1,5% do +3,5%). Inna musi być też skala reakcji władz monetarnych u nas i "tam" na omawiany impuls z rynku żywności. "Tam" trzeba zbić inflację ogółem o 0,5 pkt proc. na pozostałych (poza żywnością) 90% koszyka towarów i usług konsumenckich. W zasadzie powinno więc wystarczyć "subtelne muśnięcie". U nas, by zbić 1,5 pkt inflacji na pozostałych 70% koszyka konsumenckiego - trzeba użyć naprawdę dużego młotka - spychając sporą część gospodarki w deflację, a być może i recesję.