Jedną z firm, które dobrze sobie radzą, mimo, że ich większościowym akcjonariuszem jest nadal państwo, jest PZU (np. minister skarbu wyznacza szefa tej spółki). Choć nasz największy krajowy ubezpieczyciel systematycznie traci udziały w polskim rynku na rzecz zagranicznych konkurentów, jego pozycja na długo pozostanie niezagrożona. Jest też kurą znoszącą złote jaja.
PZU - gigant po przejściach
Szacuje się, że ubiegłoroczny skonsolidowany zysk netto wyniósł ok. 3 mld zł. Dlatego niewiele osób pewnie pamięta, że gdyby siedem lat temu Skarb Państwa (na początku stycznia 1999 r.) nie dokapitalizował PZU obligacjami zamiennymi Banku Handlowego o wartości 852 mln zł, dzisiejszemu gigantowi groziłoby cofnięcie licencji na działalność ubezpieczeniową. I to mimo że rok wcześniej miał blisko 290 mln zł zysku. Powód? Straty w latach poprzednich (m.in. spowodowane przez powódź) na tyle osłabiły firmę, że miała ujemne kapitały własne i brakowało jej pieniędzy na pełne pokrycie zobowiązań wobec klientów. Taką spółkę trudno byłoby też sprywatyzować za dobrą cenę. Państwowe wsparcie pomogło: w listopadzie 1999 r. konsorcjum Eureko i BIG Bank Gdański kupiło 30% akcji PZU za nieco ponad 3 mld zł. Dzięki dokapitalizowaniu grupa wypracowała też 0,51 mld zł zysku netto. Od tego czasu wyniki systematyczne się poprawiają - w dwucyfrowym tempie.
Pytanie tylko, czy nie mogły być lepsze, gdyby nie było pełzającego konfliktu (czasami, jak ostatnio, otwartej wrogości) między Skarbem Państwa a holenderskim Eureko.
PKO BP - jest coraz lepiej