- Jak dotąd, mieliśmy jedynie intuicyjne wrażenie, jakie długofalowe skutki dla polskiej gospodarki może mieć odpływ pracowników do innych państw Unii Europejskiej - przyznaje Jarosław Pietras, szef Urzędu. Dlatego też UKIE zleciło Ośrodkowi Badań nad Migracjami (Uniwersytet Warszawski) zbadanie, czy nie grozi nam w przyszłości brak specjalistów.
Z danych zebranych przez OBnM wynika, że o znacznym drenażu mózgów nie może być mowy. Z 230 tys. osób, które od akcesji do końca września ub.r. zarejestrowały się na największym, brytyjskim rynku pracy, aż 87% wykonuje prace nie wymagające wyższych kwalifikacji.
Raport zwraca również uwagę na to, że nieznacznie tylko wzrasta liczba studentów uczących się w krajach UE (szacunki mówią o 20 tys. osób). - Mamy za to coraz więcej wykwalifikowanych osób przyjeżdżających do Polski. Możemy więc powiedzieć, że drenaż mózgów działa w drugą stronę - przyznaje dr Paweł Kaczmarczyk, współautor raportu.
Według OBnM, wejście do UE nie zmieniło zasadniczo mobilności wykwalifikowanej kadry. Więcej wyjazdów dotyczy tylko służby zdrowia, a i to jedynie w kilku specjalizacjach (jak anestezjologia i chirurgia plastyczna). W sumie, o zaświadczenia potwierdzające kwalifikacje do Ministerstwa Zdrowia wystąpiło dotąd jedynie 2,1% lekarzy.
Z wyników raportu zadowolone jest UKIE. - Niebezpieczeństwa ucieczki specjalistów nie ma, dlatego dalej możemy przedstawiać argumenty za otwarciem unijnych rynków pracy - mówi Maciej Duszczyk, zastępca dyrektora Departamentu Analiz i Strategii UKIE. Do końca kwietnia państwa członkowskie mają rozstrzygnąć, czy przedłużyć okresy przejściowe, w którym rynki pracy są zamknięte dla Polaków. 1 maja 2004 r. tylko Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja zdecydowały się otworzyć na pracowników z nowych krajów członkowskich. Nieoficjalnie wiadomo, że od maja tego roku do tego grona dołączy Hiszpania i Finlandia. W środę Komisja Europejska opublikowała raport, w którym dowodziła, że akcesja Polski i innych krajów Europy Środkowej nie spowodowała zalewu taniej siły roboczej. KE wskazała, że Polacy nie wykorzystują np. kwot dla pracowników, przyznanych m.in. przez Włochy czy Niemcy. Bruksela przypomniała też, że znacznie większy wpływ na unijne rynki pracy mają osoby z krajów trzecich.