Do spotkania pierwszy raz doszło w Moskwie. W Rosji, która została przyjęta do G-8 cztery lata temu, nie bez kozery rozmawiano przede wszystkim o bezpieczeństwie energetycznym. Wszak kraj jest drugim co do wielkości producentem ropy na świecie i pokrywa ponad jedną czwartą europejskiego zapotrzebowania na gaz.
"Wysokie i niestabilne ceny ropy naftowej są zagrożeniem dla wzrostu gospodarczego na świecie" - stwierdzili we wspólnym komunikacie po dwudniowych obradach ministrowie finansów Rosji, USA, Kanady, Japonii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. Podkreślili jednak, że tempo rozwoju jest dobre i najprawdopodobniej takie pozostanie i w tym roku. Do innych zagrożeń dla światowej gospodarki ministrowie zaliczyli m.in. ryzyko wybuchu pandemii ptasiej grypy, a także pogłębiający się stan nierównowagi, m.in. pęczniejący deficyt handlowy USA czy wolne tempo wzrostu PKB w Europie na tle innych regionów.
- Wszystkie kraje powinny działać tak, by rozwój na świecie był szybki i zrównoważony - stwierdził amerykański sekretarz skarbu John Snow.
Jak duży wpływ na bezpieczeństwo energetyczne ma Rosja, pokazał konflikt o dostawy gazu na Ukrainę. W wyniku zakręcenia tuż po Nowym Roku kurków przez rosyjski Gazprom, o 40% spadły dostawy błękitnego paliwa m.in. do Niemiec i Włoch. Podczas szczytu jedynie francuski minister Thierry Breton ośmielił się wytknąć rosyjskim władzom ich postawę. Stwierdził, że właśnie gazowe spory Rosji z Ukrainą są, obok prac Iranu nad bronią jądrową i zwycięstwa Hamasu w wyborach w Palestynie, czynnikami, które podbijają notowania na światowym rynku energetycznym.
Za to niemiecki minister Peer Steinbrueck stanął po stronie Rosji. Powiedział, że jej konflikt z Ukrainą jest "znacznie bardziej złożony niż przedstawiają to niektóre media w Europie Zachodniej". - Nie mam wątpliwości co do wiarygodności Gazpromu i całej Rosji jako dostawcy energii dla Europy Zachodniej - stwierdził Steinbrueck.