Zyski są wyższe niż przewidywali na początku minionego roku sami bankowcy. Jak informował nadzór, z planów finansowych banków wynikało, że wynik brutto miał być wyższy o jedną czwartą niż w 2004 r. Czyli - mniej więcej 9,5 mld zł. Zysk brutto okazał się o ponad 1,5 mld zł wyższy.
O bardzo dobrej kondycji naszego sektora bankowego najwięcej mówi wskaźnik zwrotu z kapitału. W ub.r. wyniósł on 20,8% i był o 3,5 pkt proc. wyższy niż rok wcześniej. To oznacza, że z każdych pięciu złotych zainwestowanego kapitału, banki były w stanie wypracować więcej niż złotówkę zysku. Wynik jest najlepszy od 1997 r. Stawia on jednocześnie polskie banki w europejskiej czołówce. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie to, że polskie banki uchodzą za "przekapitalizowane". Współczynnik wypłacalności sektora waha się w okolicach 15%, gdy wymagane przez nadzór bankowy minimum to 8%.
Ubiegłoroczny wzrost zysku to efekt większych dochodów odsetkowych. To było możliwe dzięki powiększeniu o 13% portfela kredytów dla sektora niefinansowego. Udział w tym miały przede wszystkim kredyty dla gospodarstw domowych. Ich wartość wzrosła o 24%.
Banki zarabiają nie tylko na kredytach, ale także na depozytach. W tym wypadku dochodem jest różnica między oprocentowaniem lokaty a stopą rynku międzybankowego (po takiej cenie można pożyczyć pieniądze innemu bankowi). Wartość lokat powiększyła się o 9%. W depozytach korporacyjnych wzrost sięgał 17%. Fakt, że firmy odkładały pieniądze na rachunkach, miał korzystny wpływ na wyniki przede wszystkim dlatego, że większa część "oszczędności" przedsiębiorstw znajduje się na nisko oprocentowanych kontach bieżących.
Wysokie zyski to także konsekwencja niskich rezerw na tzw. złe kredyty. Udział należności zagrożonych spadł z 14,9% do 11%. W bankach komercyjnych obniżył się z 15,6%, do 11,5%. Nadal dużo lepiej jest pod tym względem w bankach spółdzielczych, które mają problemy z odzyskaniem zaledwie co dwudziestej pożyczonej złotówki.