Amerykański rynek w dalszym ciągu pozostaje w konsolidacji, która z jednej strony odzwierciedla nadzieje na podtrzymanie dobrej koniunktury w gospodarce USA, z drugiej jest odbiciem obaw o negatywny wpływ na nią trwającego cyklu podwyżek stóp procentowych. Wczorajsza sesja wpisywała się w taki schemat zachowań. Pierwszy raz od połowy 2004 r. roczna zmiana wskaźników wyprzedzających koniunktury (LEI) była większa od 12-miesięcznej średniej, jednocześnie odczyt znacznie przekraczał prognozy, a pomimo tego w pierwszej połowie sesji notowania spadały.

Można było za to "winić" ceny ropy, ale ich zwyżka w USA nie mogła być zaskoczeniem, skoro w poniedziałek rynki nie funkcjonowały, a w Londynie doszło do wyraźnej zwyżki. To jednak jeszcze raz pokazuje obecne znaczenie oczekiwań dotyczących kształtu polityki monetarnej w USA. Niewiele wskazuje na to, by stopy przestały rosnąć zanim osiągną 5%. Zapewne takie będzie przesłanie sprawozdania ze styczniowego posiedzenia Fed, które miało zostać opublikowane w godzinach wieczornych naszego czasu. O ostatecznym wydźwięku sesji mogą więc zdecydować ostanie dwie godziny.

Z technicznego punktu widzenia sytuacja wygląda klarownie. Trzeci miesiąc S&P 500 tkwi w konsolidacji. Ostatnie zwyżki doprowadziły indeks w pobliże górnej granicy. Znajduje się ona przy 1294 pkt. Jeśli nie zostanie szybko sforsowana, a w zamian notowania zaczną iść w dół powstanie zagrożenie ponownym ruchem w dół.

Można postawić hipotezę o kształtowaniu przez wykres S&P 500 prawego ramienia formacji głowy z ramionami. Jej linia szyi biegnie nieco poniżej 1260 pkt. Wobec tego spadek poniżej tego poziomu byłby złą wróżbą dla posiadaczy akcji.

Wymowne jest zachowanie dziennego MACD, który odbił się nieznacznie od poziomu równowagi. W ostatnich dwóch latach spadek poniżej niego prawie za każdym razem zbiegał się z pogorszeniem koniunktury. Można więc zakładać, że jeśli teraz wskaźnik osiągnie ujemne wartości, znikną szanse na atak na styczniowy szczyt.