Obawiając się o pogorszenie wkładu eksportu netto do PKB oraz wiedząc, iż na wysoką dynamikę konsumpcji liczyć nie powinniśmy - wciąż zakładamy, że "kołem zamachowym" staną się inwestycje.

Nie inaczej było w ubiegłym roku. Do końca maja (do pojawienia się danych o rachunkach narodowych za pierwszy kwartał) byliśmy świadkami licytacji odnośnie do możliwego do wypracowania w całym roku wzrostu inwestycji. Marzył się systematyczny progres na miarę tego z przełomu kwartałów trzeciego i czwartego 2004 r. W konsekwencji wcześniejsze i tak dość optymistyczne założenia o wzroście inwestycji na poziomie 8% zostały zmienione nie tylko na szacunki rzędu 10-12%, ale w niektórych komentarzach nawet na dochodzące do 14%. Wynik osiągnięty w pierwszym kwartale sprowadził nas jednak na ziemię. Roczna dynamika wzrostu wynosząca zaledwie 1,0% (zweryfikowana później na 1,2%) nie tylko przekreśliła możliwość osiągnięcia w całym roku dwucyfrowej poprawy inwestycji, ale wręcz pod znakiem zapytania postawiła możliwość powtórzenia wyniku roku 2004, tj. wzrostu rzędu 5% (później podniesiono dane za rok 2004 do 6,3%). Informacje za drugi kwartał - gdy dynamika inwestycji poprawiła się, ale jedynie do 3,8% - przyjęte zostały chłodno. Pokazały, że otwarcie roku nie było przypadkiem (choćby związanym z przesunięciem fakturowania dużej inwestycji infrastrukturalnej) - a wręcz przeciwnie - trend ustabilizował się wyraźnie niżej niż oczekiwano w początku roku. Po dwóch tak zimnych prysznicach okazało się, że wypracowane w trzecim kwartale 5,7% cieszyło i dodatkowo okazało się wyższe, niż oczekiwano...

Dlaczego jak bańka mydlana prysły nadzieje na wysoki wzrost gospodarczy kreowany głównie zdynamizowaniem popytu inwestycyjnego? Dobre dane o wzroście inwestycji notowane jeszcze w końcu 2004 r. były pokłosiem dopinania projektów rozpoczynanych w jego początku. Wyniki z 2005 r. pokazały natomiast, jak dużą część projektów anulowano lub odroczono ze względu na serię podwyżek stóp z okresu czerwiec-sierpień 2004 r. (a przede wszystkim ze względu na obawy, iż mogą one nie być ostatnimi w roku). Na to z każdym miesiącem nakładały się coraz gorsze oczekiwania dotyczące koniunktury w handlu detalicznym. Trudno oczekiwać, by firmy w sytuacji pogorszenia zbytu na rynku wewnętrznym forsownie szły w rozbudowę bazy produkcyjnej. W przypadku zaś firm produkujących głównie na eksport sytuacja wbrew powszechnym opiniom mogła nie być lepsza - istotna mogła okazać się kwestia kursu - pogarszająca oczekiwania co do możliwości dalszej ekspansji na rynki zewnętrzne. Oddzielnym tematem była zaś sprawa przypadających na jesień 2005 r. wyborów.

Szok (dla odmiany pozytywny) przyniosły natomiast wstępne dane GUS o wynikach całego roku. Wynikało z nich, że w 2005 r. inwestycje wzrosły o 6,2%. Skoro zaś w pierwszych trzech kwartałach ich dynamika wyniosła jedynie 3,8% - to znaczy, że w czwartym kwartale tempo wzrostu mogło być dwucyfrowe. Fakt zadziwiający podwójnie - w 2004 r. mieliśmy bowiem podobny układ. Kwartał czwarty był zdecydowanie lepszy niż reszta roku - baza porównawcza była wyśrubowana. Najważniejsze jest teraz pytanie: początek nowego trendu - czy tak jak przed rokiem przypadkowy impuls związany z fakturowanymi ("rzutem na taśmę") inwestycjami infrastrukturalnymi współfinansowanymi z funduszy unijnych?

Główny ekonomista BOŚ