Dość znany "cyrkowy" koszykarski zespół wymieniony w tytule ma tyle wspólnego z NBA, co coraz liczniejsze koszykowe zlecenia na GPW z arbitrażem. Dzięki tym zleceniom poziom WIG20 potrafi dynamicznie zmienić się o kilkadziesiąt punktów. Oczywiście nie wynika to choćby z wydarzeń na światowych parkietach, ale jest w dużej mierze spekulacyjną rozgrywką między kilkoma dużymi graczami, którzy wykorzystując koszyki zleceń próbują w odpowiednim momencie popchnąć rynek w pożądanym kierunku.
Wyjść z tej niewygodnej sytuacji jest kilka. Po pierwsze - można zaakceptować takie reguły spekulacyjnej gry, będąc świadomym ryzyka porównywalnego momentami do hazardu. Po drugie - można położyć nogi na stół i dziwne skokowe zmiany indeksu potraktować jako niezłą rozrywkę w zestawieniu z wypowiedziami o dojrzałości naszego rynku kapitałowego. W końcu po trzecie - należałoby teraz oceniać rynek nie z sesji na sesję, ale patrząc na ostatnie wydarzenia w nieco szerszym kontekście.
Jak ostatnio opisywałem, moja opinia jest w tej kwestii teraz neutralna. Najprędzej zmieni ją albo zachowanie rynku surowców, gdzie indeks towarów CRB wciąż rozstrzyga o swojej przyszłości flirtując z 200-sesyjną średnią, albo wybicie WIG20/kontraktów przy zwiększonych obrotach dołem pod lutowe dołki, lub górą nad styczniowe szczyty. Choć wczorajsza sesja mogła sugerować, że drugie rozwiązanie staje się bardziej prawdopodobne, to warto mimo wszystko zauważyć, że poranne zatrzymanie wzrostów miało miejsce na "ostatnim" (61,8%) zniesieniu Fibonacciego fali spadkowej z tego tygodnia. Jego pokonanie właśnie otwierałoby drogę ku szczytom hossy, ale skoro już tutaj byki sobie nie radzą, to na atakowanie oporów przy ostatnich rekordach rynek tym bardziej nie ma siły.