Po sześciu z rzędu spadkowych sesjach wczoraj wreszcie inwestorzy na GPW mogli nieco odetchnąć. Rynek wzrósł i to dość mocno, choć dla porządku wypadało, by zaznaczyć, że działo się to przy raczej przeciętnej aktywności uczestników. Charakterystyczny był fakt, iż większa część wczorajszego wzrostu WIG20 miała miejsce już na otwarciu, a resztę sesji wypełniły oscylacje indeksu układające się w trend rosnący tak delikatnie, że bardziej właściwe byłoby mówienie o sześciogodzinnej stabilizacji z niedźwiedzim akcentem na koniec.
Pytaniem, które w tej sytuacji narzuca się samo, jest kwestia, czy wczorajsze odreagowanie jest wszystkim, na co stać naszą giełdę? Przełamanie w piątek bardzo istotnego wsparcia na poziomie 2760 pkt sugerowałoby, że droga "na południe" stoi otworem i nie ma możliwości uniknięcia przeceny WIG20 o dalsze 200 pkt. Naturalna byłaby w takiej sytuacji gwałtowna wyprzedaż, co początkowo w piątek miało miejsce, jednak atak popytu w końcówce tamtej sesji sprawił, że indeks wspomniane wsparcie jedynie naruszył. Podobny schemat miał miejsce również w poniedziałek. Wprawdzie wtorkowe zamknięcie pokonało wreszcie znacząco poziom 2760 pkt, ale już wczorajszy wzrost każe przynajmniej zastanowić się, czy prognozowanie na najbliższy czas kontynuacji tendencji spadkowej nie jest obarczone zbyt dużym ryzykiem pomyłki. Silne sygnały sprzedaży wygenerowane przez rynek zostały zignorowane, co wyraźnie pokazuje, że giełda do dalszej przeceny na razie nie dojrzała.
Niewątpliwie bykom pomogła bardzo dobra sesja za oceanem czy chociażby rekomendacja Goldman Sachs sugerująca sprzedaż forinta i kupno złotego (w oczach inwestorów zagranicznych mogło to nieco zatrzeć złe wrażenie po sejmowej awanturze o KNB). Nie można też zapomnieć o wygasaniu marcowych kontraktów i zbliżającym się końcu kwartału. Niebawem okaże się, czy te czynniki wystarczą, aby przekonać graczy do kupowania akcji.
Zwróć uwagę na:
Eksporterów, ze względu na osłabienie złotego.