Miłościwie nam panujący nie są konsekwentni. Z jednej strony chcieliby łączyć rozmaite komisje: nadzoru bankowego, funduszy emerytalnych i ubezpieczeń, czy papierów wartościowych, a z drugiej - tworzyć nowe, najlepiej specjalne.
Komisja do sprawy Rywina odsłoniła fragmenty układu, który śni się po nocach Jarosławowi Kaczyńskiemu. Komisja ds. Orlenu ukazała kolejną część fresku z cyklu "Krakowskie Przedmieście w okresie świetności Pałacu Prezydenckiego". Niektóre stenogramy z obrad komisji ds. PZU mogłyby rywalizować w księgarniach z "Kodem Leonarda da Vinci". Planowana - i słusznie - komisja ds. NFI może z pewnością zainspirować twórców "Ojca chrzestnego". To są jednak tematy samograje. Nie szkodzi im nawet fatalna jakość pracy komisarzy - naturszczyków obsadzonych w pierwszoplanowych rolach.
Obawiam się, że komisja specjalna ds. nadzoru bankowego przekreśli ten - częściowo bardzo cenny - dorobek. I że widowisko będzie durne, a główni aktorzy - równie żałośni jak na głównej scenie z mównicą pośrodku. Ale tak to jest: inflacja sprawia, że wszystko traci z czasem wartość: komisje też. Zwłaszcza kiedy jest to inflacja rozsądku.
Wszystko przez umowę sprzed lat. Na dodatek niejawną. I pewnie też źle napisaną. A propos umów: wyobraźmy sobie, że ktoś kupił od nas samochód. I że na piśmie obiecał nam, że drugiego mieć nie będzie. Można tak: przecież to nasza sprawa, na co się umawiamy i z kim - byleby w zgodzie z prawem.
To jasne, nie mamy żadnych możliwości sprawić, by kontrahent rzeczywiście drugiego auta sobie nie kupił. Jeśli jednak nie dotrzyma słowa, możemy pójść do sądu i domagać się respektowania umowy: przywrócenia stanu zgodnego z nią lub odszkodowania.