Rozwój rynku instrumentów pochodnych, jak pokazują przykłady innych giełd, w bardzo dużej mierze zależy od aktywności animatorów (market makerów). Zadaniem animatorów, jest stałe zgłaszanie ofert kupna i sprzedaży danego instrumentu finansowego na zasadach ustalonych z giełdą. Zasady te dotyczą przede wszystkim spreadu, czyli różnicy między kursami w tych zleceniach oraz ich wolumenu.
Bez wspomagania
Teraz na rynku instrumentów pochodnych GPW działa 15 animatorów (sześć banków i dziewięć domów maklerskich). Nie wspomagają oni jednak płynności wszystkich klas derywatów. Market makera nie mają np. kontrakty na waluty na indeksy (MIDWIG i TechWIG) i niektóre kontrakty na akcje (BRE, Millennium). Obroty tymi instrumentami są znikome. Inwestorzy, którzy są skłonni handlować wymienionymi kontraktami, często muszą z tego zrezygnować, gdyż albo nie mają z kim zawrzeć transakcji, albo musieliby to zrobić po bardzo niekorzystnym kursie. To stanowi poważną przeszkodę w rozwoju rynku. Ofert kupna lub sprzedaży często brakuje również na wielu seriach opcji na akcje. Tutaj co prawda działa już animator (BRE Bank), ale nie jest on w stanie kwotować wszystkich serii, których może być grubo ponad 100.
Płynność buduje płynność
Wprawdzie nie ma pewności, że obecność dobrego animatora na danej klasie kontraktów czy opcji od razu przyciągnie do nich rzesze inwestorów, ale w myśl powiedzenia, że płynność buduje płynność, można oczekiwać, że stopniowo będą się jednak pojawiać na tych rynkach kolejni spekulanci, a po nich arbitrażyści i inwestorzy wykorzystujący derywaty do hedgingu. Taki właśnie proces można było obserwować na rynku kontraktów terminowych na indeks WIG20. Jak wynika z danych GPW, w 2005 r. działało na nim 10,4 tys. inwestorów. Co piąty kontrakt został jednak zawarty przez animatora (obecnie jest ich ośmiu).