Giełdowe analizy piszę nieprzerwanie od wielu lat. Nie mnie rozstrzygać ile w tym czasie było trafnych, a ile chybionych prognoz. Ciekawszy jest za to fakt, że wymiana poglądów z Czytelnikami pozwala zaobserwować podział prognoz według zupełnie innego kryterium. Dla większości prognozy dzielą się na te jasno wskazujące wzrost/spadek giełdowych indeksów, oraz te "nie pomagające w wybraniu kierunku". Psycholog nie znalazłby tutaj nic dziwnego. Inwestor posiadający pełen portfel akcji z uśmiechem na ustach przeczyta każdą optymistyczną prognozę, niezależnie od argumentów ją podpierających. Niedźwiedziom z kolei albo da to do myślenia, albo pozwoli chociaż na rozładowanie emocji paroma epitetami. Pierwszym grzechem analityka jest więc oczekiwanie konsolidacji, choćby nawet tylko w perspektywie tygodnia.
Neutralnie
Ten ogólny wstęp wynika z faktu, że od końca lutego, gdy WIG20 nieudanie zaatakował styczniowy szczyt hossy, ja mam "neutralny" stosunek do rynku, pokornie czekając na jakiś mocniejszy giełdowy impuls. Rynkowe otoczenie, niepewność w polityce, czy sprzeczne ze sobą giełdowe informacje nie pozwalają na kontynuację hossy (WIG20) lub jej definitywne zakończenie. Każdy kolejny tydzień tę patową sytuację tylko pogłębia, a niezadowolenie inwestorów na rynku kontraktów rośnie. W trendzie bocznym niewielu potrafi zarobić. Niestety, kolejny raz rozczaruję Czytelników i już na wstępie w ramach prognozy zupełnie nie w sposób medialniy podtrzymam swoje ostatnie oczekiwania pozostania WIG20 w konsolidacji.
W ramach alibi przypomnę fragment analizy weekendowej pisanej przez Kamila Jarosa po pierwszym tygodniu stycznia. Noworocznie ku przestrodze przestrzegał, że "Emocje zaczynają w coraz większym stopniu decydować o inwestycjach... Rynek wchodzi w bardzo niebezpieczny okres. Niebezpieczny zwłaszcza dla mało wprawionych graczy... Czy warto narażać się na stres przy dynamicznie zmieniających się nastrojach?". Postawione wtedy pytanie nadal pozostaje aktualne pomimo upływu niemal trzech miesięcy. W tym okresie WIG20 wzrósł do końca I kwartału o kosmetyczne 10 pkt. Tymczasem nerwowo pobujaliśmy się ustanawiając najpierw szczyt o 121 pkt. (intraday) wyżej, a w marcu zanotowaliśmy nowe minimum trzymiesięcznej konsolidacji 137 pkt poniżej poziomu zamknięcia pierwszego tygodnia stycznia. Każdemu z tych ekstremów towarzyszyła niezliczona ilość prognoz kontynuacji rozpoczynanego ruchu, a mimo to wciąż pozostajemy teraz dokładnie pośrodku tego trendu bocznego.
Coś się zmienia