- Koszty budowy naziemnej części Północnoeuropejskiego Gazociągu mają wynieść 6 mld USD - powiedział wczoraj w Moskwie wiceprezes Gazpromu Aleksandr Miedwiediew. Według pierwotnych szacunków, tyle miała kosztować cała rura, którą w 2010 r. rosyjski gaz ma popłynąć bezpośrednio do Niemiec po dnie Bałtyku. Jego część podwodna ma teraz kosztować 4,5 mld USD.

Spółka powołana do budowy gazociągu w 51 proc. należy do Gazpromu, a pozostałe udziały podzieliły między siebie dwie niemieckie spółki E.ON i BASF.

Kurs akcji E.ON, największego w Niemczech przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, spadł wczoraj o 0,5 proc. Taka była reakcja rynku na informację kanclerz Merkel, która powiedziała, że do 2012 r. spółki z tego sektora zamierzają wydać 30 mld euro na budowę elektrowni i sieci przesyłowych. Ceny energii wzrosły w Niemczech ponadtrzykrotnie w ciągu ostatnich pięciu lat.

To najważniejsza przyczyna, oprócz sympatii i finansowych potrzeb Schroedera, dla której Niemcy przystały na propozycję bezpośredniego połączenia gazowego z Rosją. Moskwie bardzo zależało na budowie tej nitki, bo po jej uruchomieniu będzie mogła reglamentować dostawy gazu starym rurociągiem do sąsiadów, nie narażając się na protesty docelowych odbiorców na Zachodzie. Kreml rozbił zatem unijną solidarność energetyczną jeszcze zanim powstała. A Gazprom stać na wszelkie inwestycje, bo w tym roku jego przychody z eksportu gazu mają wzrosnąć o 27 proc., do co najmniej 33 mld USD.

Bloomberg