Nie mogą przy tym zrozumieć, jaki to szatański plan spowodował, że NBP ma konstytucyjnie i ustawowo zagwarantowaną niezależność, a ani prezesa tej instytucji, ani członków Rady Polityki Pieniężnej nawet Sejm, Senat i prezydent razem wzięci nie mają prawa odwołać w środku kadencji.
Obawiam się, że spora część problemu bierze się z ignorancji części polityków, którzy wypowiadają się na temat statusu i roli banku centralnego. Bank centralny w każdej cywilizowanej gospodarce jest instytucją, która ma suwerenne prawo podejmowania decyzji co do prowadzonej polityki pieniężnej, czyli - najkrócej mówiąc - co do tego, ile pieniądza powinno być w gospodarce. A właśnie ilość pieniądza w gospodarce na dłuższą metę decyduje o tym, na ile stabilny jest ten pieniądz i jak wysoka jest inflacja (por. ramka 1.). W ostatnich kilkudziesięciu latach w całym świecie rozwiniętych gospodarek rynkowych zapanowało przekonanie, że bankom centralnym należy zapewnić całkowitą niezależność od decyzji rządu i od wpływów polityki, tylko wówczas bowiem są w stanie prowadzić taką politykę pieniężną, która długookresowo dobrze służy stabilności waluty i rozwojowi gospodarczemu (por. ramka 2.).
Za takim rozwiązaniem stoją dziesiątki lat doświadczeń w zakresie funkcjonowania banku centralnego. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzono, że im większa jest niezależność banku centralnego, tym niższa jest na długą metę inflacja (por. ramka 3.). Co więcej, im większa jest niezależność banku centralnego, tym większa jest również jego wiarygodność, a w ślad za tym większa łatwość utrzymania silnej waluty i niższy społeczny koszt walki z inflacją (por. ramka 4.).
Banki centralne są zarządzane przez ludzi, a ludzie nie są nieomylni. Banki centralne czasem mogą popełniać błędy w swojej polityce. Jednak koszt takich błędów na dłuższą metę jest znacznie niższy od kosztu braku wiarygodności banku i kosztu ulegania przez bank centralny zachciankom polityków. n
1. Długookresowy związek inflacji i pieniądza