Od ponad miesiąca S&P 500 zmaga się z górnym ograniczeniem kanału wzrostowego - formacji opisującej bieg notowań na amerykańskiej giełdzie w tym roku. Końcówka minionego tygodnia przyniosła dwie kolejne nieudane próby przełamania oporu. Nic więc dziwnego, że w poniedziałek podaż przybrała na sile. W pierwszej części sesji nie wyrządziła jednak większych szkód. Zniżka nie przekraczała 0,5 proc. Tłumaczono ją przede wszystkim zniżką dolara i to jest nowy element w obrazie, jaki obserwujemy od kilku tygodni. Interpretować to trzeba jako wyraz rosnącej obawy inwestorów o konsekwencje wysokich cen surowców dla spółek i gospodarki, które słabszy dolar dodatkowo zwiększa. Natomiast nie wydaje się, by na rynku dolara działo się coś tak istotnego, co mogłoby przekładać się na notowania akcji. Rzeczywiście w ostatnich tygodniach traci na wartości, ale tempo spadku jest mocno ograniczone. W tym roku 3-miesięczna zmiana EUR/USD ani razu nie przekroczyła 3 proc.
Sytuacja na rynku walutowym miała przełożenie na przebieg notowań w Japonii. Wzrost jena w reakcji na ponowne wzmożenie presji na uelastycznienie kursu chińskiego juana wywołała sporą wyprzedaż. Wykres Nikkei zbliżył się do linii trendu, łączącej dołki od sierpnia 2005 r. Zatrzymała ona spadek w lutym, więc ewentualne jej przełamanie teraz byłoby złym sygnałem. Nie tylko dla japońskiego parkietu, ale również rynków wschodzących wykazujących w tym roku duże podobieństwo zachowań z giełdą w Tokyo.
Interesująca jest utrzymująca się w tym roku dysproporcja notowań indeksu Nasdaq oraz zrzeszającego największe spółki technologiczne Nasdaq100. Ten drugi wciąż nie przebił styczniowej górki. Taka sytuacja może oznaczać, że inwestorzy koncentrują się głównie na mniejszych firmach. Natomiast duzi gracze interesujący się przede wszystkim blue-chipami wykazują rezerwę do sektora technologicznego. Ten jest bardzo wrażliwy na wahania koniunktury. Stąd słabsze jego postrzeganie można wiązać z obawami o negatywny wpływ wyższych stóp procentowych i cen surowców na gospodarkę.