Ubiegły tydzień był wyjątkowy. Uboższy o dwie sesje, nie rokował dobrze pod względem aktywności graczy i wielkości zmian cen (jak to zwykle ma miejsce w okolicy długiego weekendu). Tym razem ta wyjątkowość polegała na tym, że właśnie mimo przerw aktywność na rynku była przyzwoita i zmiany kursów interesujące. Ceny dalej rosły, co w czasie hossy nie może dziwić, choć patrząc na ostatnie odczyty Wigometru, jest dla części obserwatorów zaskoczeniem.
Zwieńczeniem ubiegłego tygodnia była publikacja raportu o stanie rynku pracy w USA. Nadal wydarzenie to jest odbierane jako najważniejsze w miesiącu, choć ostatnio wpływ na rynek nie jest faktycznie aż tak znaczący. Zmieniło się też podejście do samych danych. Teraz nie jest ważna sama zmiana liczby miejsc pracy w sektorze pozarolniczym, ale wpływ tej zmiany na przyszłe poczynania komitetu otwartego rynku (FOMC) w związku z wysokością stóp procentowych.
Właśnie piątkowa publikacja pokazała, że rynek tym razem nie zachowuje się książkowo. Gdy okazało się, że dane są gorsze od oczekiwań, rynek akcji skoczył w górę. W pierwszej chwili może być to zaskakujące, ale szybko dochodzi się do wniosku, że wzrostem cen akcji czy obligacji rynki antycypują koniec sekwencji podwyżek stóp procentowych. Słabsza poprawa w zatrudnieniu ma być dla członków FOMC argumentem za powstrzymaniem się od kolejnych (po majowej) podwyżek stóp procentowych.
Problem w tym, że to nie tylko zatrudnienie wpływa na decyzję. Zauważmy, że wraz ze zmianą liczby miejsc pracy podano także dynamikę płac (wyższą od ocze-
kiwań), a dzień wcześniej dowiedzieliśmy się, że koszt zatrudnienia w I kw. 2006 r. wzrósł mocniej, niż sądzono. Tym samym, nie można ignorować zagrożenia wystąpienia napięć inflacyjnych.