Betacom ma kłopoty z planowaniem wyników finansowych. Pierwszym przykładem była korekta prognozy przeprowadzona w kilka tygodni po debiucie (wiosną 2004 r.). Spółka zapłaciła za to kilkudziesięcioprocentową przeceną kursu.
Niechęć inwestorów do kupowania akcji Betacomu trwała ponad roku. Dopiero od 2005 r., kurs zaczął się piąć. Popyt napędzały optymistyczne zapowiedzi Mirosława Załęskiego, prezesa spółki, o możliwych, bardzo dobrych wynikach finansowych za rok obrotowy 2005/2006 (kończy się w marcu). Obroty miały sięgnąć 120 mln zł, a zysk miał być wyraźnie lepszy niż rok wcześniej, kiedy wyniósł 2,9 mln zł.
Kreowanie wizerunku
Aż do końca września Betacom w pełni wywiązywał się z deklaracji prezesa. Pierwsze sygnały, że obietnice składane były na wyrost, można było znaleźć w raporcie za III kw. roku obrotowego. Przychody zamiast rosnąć spadły o 22 proc. (w porównaniu z analogicznym okresem 2004 r.), a zysk netto obniżył się o 40 proc. Prezes uspokajał, że to konsekwencja przesunięć w podpisywaniu kilku dużych umów, które przeszły na kolejny kwartał i podtrzymywał plany całoroczne.
Jeszcze w połowie kwietnia M. Załęski, który znał już szacunkowe dane za kwartał zakończony 31 marca, w rozmowie z "Parkietem" zapewniał, że wyniki Betacomu będą dobre, choć nieco gorsze od oczekiwanych. Spółka miała zakończyć pierwsze trzy miesiące tego roku na plusie.