Oglądałem ostatnio bogato ilustrowaną gazetę lokalną z Dolnego Śląska, w której liczba zdjęć z czarnymi paskami na oczach niemal dorównywała liczbie normalnych fotografii. Być może taka jest specyfika nadgranicznych regionów, w których pismo jest sprzedawane. A być może to po prostu znak czasów. Wydawało się, że fala tego typu ilustracji jest już za nami. Tymczasem wzbiera znów. Może nawet szykuje się tsunami. W końcu nie co dzień się zdarza, by prominentnych urzędników Ministerstwa Finansów wyprowadzano z pracy w asyście policjantów. Jednak nie była to wielka niespodzianka. O tym, że przepisy, podobnie jak decyzje urzędnicze na różnych szczeblach administracji, mandaty policyjne czy recepty i zwolnienia lekarskie, mogą być pisane pod dyktando i za "słusznym" wynagrodzeniem, wie każde dziecko. Plotkowało się o tym także w warszawskich tramwajach.

Ministerstwo Finansów nie jest wyjątkiem. W ministerstwie kultury pracowano kiedyś przecież pełną parą nad ustawą, mającą uporządkować rynek mediów. Co z tego wyszło - wiadomo. Teraz się mówi o resorcie infrastruktury. Ciekawe, czy lista się wydłuży. Przypomina mi się opowieść pewnego prezesa o tym, jak akcjonariusze jego spółki giełdowej dziwili się kiedyś Skarbowi Państwa, że na zgromadzeniach głosuje - za pośrednictwem swojego reprezentanta - "zespół wespół" z szemranym inwestorem. Niekoniecznie dla dobra firmy i innych właścicieli. Ponieważ chodziło o ich interesy i pieniądze, udziałowcy poszli tym tropem. Teraz podobno w sejfie spółki trzymają na wszelki wypadek informacje o tym, gdzie i kiedy inwestor spotykał się z pewnym urzędnikiem. Po co się spotykali i dlaczego uparcie poza ministerstwem?

Przedsiębiorstwo jest małe i nie budzi wielkiego zainteresowania, inwestora już w nim nie ma, a akcjonariusze mają to, co chcieli - więc i nikomu specjalnie nie zależy na tym, by zajrzeć do sejfu i uzyskać odpowiedzi na pytania. Tym bardziej że w paru znacznie bardziej poważnych sprawach - by przypomnieć PZU, NFI, niektóre banki i inne wielkie (na małe szkoda teraz czasu) prywatyzacje - odpowiedzi jeszcze się nie pojawiły, choć pytania, na przykład w "Parkiecie", padały.

Można się śmiać z "układu", nawet kiedy mówi o nim - jak w dawnym wywiadzie telewizyjnym - Aleksander Gudzowaty. I dziwić się, że "układ" wszystkich dziś zaprząta. Ale tym, którym obrączki "klikają" na rękach, do śmiechu nie jest. Wreszcie.