Zdecydowana większość inwestycji budowlanych powstaje na podstawie administracyjnych decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. To rozwiązanie weszło w życie w 2003 r. Przepis miał ułatwić deweloperom stawianie budynków na terenach, które nie mają planów zagospodarowania przestrzennego. Przejściowe rozwiązanie stało się główną drogą uzyskiwania pozwoleń na budowę.

Jeśli chcemy postawić budynek, a na danym terenie nie istnieje plan zagospodarowania, udajemy się do urzędu gminy i składamy odpowiedni wniosek. Praktyka jest taka, że otrzymamy pozwolenie na postawienie budynku nie odbiegającego architektonicznie od otoczenia. - Ten zapis pozostawia dużą swobodę urzędnikom - mówi przedstawiciel firmy deweloperskiej. - Gdy w obrębie naszej działki jest tylko las, to może się okazać, że w ogóle nie dostaniemy pozwolenia na budowę - wyjaśnia nasz rozmówca.

Jak mówi prezes J. W. Construction Ryszard Matkowski, przepis ma wiele wad. Po pierwsze procedura decyzji o warunkach zabudowy jest długotrwała. Na ogół czekać trzeba średnio pół roku, co zwiększa koszty inwestycji. Po drugie, decyzja spoczywa w rękach urzędnika, co, zdaniem Matkowskiego, zwiększa ryzyko korupcji.

Najważniejszą rzeczą jest szkodliwość tego przepisu dla samych gmin. - W dłuższej perspektywie budowanie bez całościowej wizji urbanistycznej spowoduje chaos w architekturze - mówi Matkowski.

Problem w tym, że przepis o warunkach zabudowy zniechęca do pracy władze lokalne. Skoro można budować, to gminy niechętnie będą tworzyć plany zagospodarowania, bo jest to proces czasochłonny i kosztowny.