Ryzyko kolejnej gwałtownej wyprzedaży znacząco zmalało i wciąż skłaniałbym się do ostrożnego patrzenia na północ. Obrona wsparcia to tylko jeden z argumentów, który stwarza szansę na kontynuację odreagowania. Jego ewentualnym uzasadnieniem stanie się zapewne znowu polityka Fed (Bank Rezerwy Federalnej USA). Czyli dokładnie ten sam czynnik, który najpierw spowodował załamanie, a potem po zakończeniu najkrwawszego etapu wyprzedaży z dnia na dzień powodował rekordowe wahania w reakcji na jakiekolwiek sygnały mogące wpływać na politykę monetarną w USA.
Na wstępie trzeba zauważyć, że należy koncentrować się na reakcji rynku na dane makroekonomiczne, a nie wypowiedzi członków Fed czy publikacje ze sprawozdania po posiedzeniu FOMC. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że w tych dwóch ostatnich przypadkach, w ostatnich miesiącach wkrada się bardzo dużo chaosu i sprzeczności. Bernanke komunikować z rynkiem jeszcze się nie nauczył.
Najlepszym tego przykładem było właśnie sprawozdanie po posiedzeniu FOMC w USA (9-10 maja podwyżka stóp o 25 pb.), które miało doprecyzować poglądy członków Fed. Zamiast tego, dostaliśmy tekst pełen sprzeczności, wskazujący niepewność dalszych działań oraz spór miźdzy członkami Fed co do przyszłości gospodarki. Dyskutowano nie tylko o oczywistej na majowym posiedzeniu podwyżce 25 pb., ale także o pozostawieniu stóp na dotychczasowym poziomie, oraz o podwyżce 50 pb. O tak dużej podwyżce na posiedzeniu FOMC rozmawiano po raz pierwszy od 6 lat. Czy naprawdę w gospodarce dzieje się coś tak wyjątkowego? Zrealizowanie takich jastrzębich zapędów niektórych członków Fed wywołałoby zapewne krach na emerging markets.
Dane dobre dla GPW
Ostatni tydzień na razie pokazał, że amerykańskie jastrzębie nie miały racji i na dzisiaj należy zakładać brak dalszych podwyżek. To jest właśnie ta dobra informacja, która w najbliższym tygodniu (nie będzie nowych istotnych danych) powinna pomagać rynkom wschodzącym. Przesądziły o tym trzy publikacje. Indeks ISM dla amerykańskiego sektora produkcyjnego miał spaść w maju do 55,7 pkt, a było 54,4 pkt. Gospodarka wolniej się rozwija, mniejsza jest więc presja inflacyjna (w uproszczeniu!). Opublikowane w czwartek jednostkowe koszty pracy wzrosły w I kw. jedynie o 1,6 proc., zamiast podawanych wcześniej 2,5 proc. (prognozowano spadek do 1,8-1,9 proc.). Koszty pracy w IV kw. zeszłego roku zrewidowano na -0,6 proc. zamiast wzrostu +3,0 proc. Z kolei piątkowe bezrobocie to już wręcz odstrzał jastrzębi. Nie tylko dane za maj ogromnie rozczarowały, ale doszły jeszcze do tego rewizje 37 tys. za poprzednie miesiące. Stopa bezrobocia wprawdzie spadła, ale nikt na to nie zwraca uwagi, a do tego bez zaokrąglania mamy spadek z 4,723 proc. do 4,646 proc.
Po tych publikacjach fed fund futures wyceniają prawdopodobieństwo podwyżki stóp o 25 pb. na czerwcowym posiedzeniu na 44 proc. w porównaniu z 74 proc. po środowej sesji. Dalej sporo jak na tak wyraźne dane, ale proszę jednocześnie pamiętać, że w połowie miesiąca czekają nas jeszcze publikacje PPI (indeks cen producentów) oraz CPI (indeks wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych). Szczególnie te drugie mogą budzić niepewność rynku. Pisałem niedawno o wpływie cen wynajmu na wskaźnik CPI. The National Association of Realtors podała w tym tygodniu, że cena wynajmowanych apartamentów wzrośnie o 5,3 proc. w tym roku, czyli dwukrotnie więcej niż w 2005 r. i byłby to najwyższy wzrost od 2000 r. W kwietniu wzrost cen najmu zawyżył CPI i jeśli się to powtórzy, może przekreślić prognozy braku podwyżki.