Reklama

Koszty pracy w Chinach muszą wzrosnąć

Istnieją obawy, że w Kraju Środka może dojść do kryzysu finansowego na miarę zapaści, jakiej na początku lat 90. XX wieku doznała Japonia

Publikacja: 10.06.2006 08:57

Wzrost gospodarczy Chin jest imponujący - dwucyfrowy, nieprzerwanie trwający od ponad 20 lat. Giełdy w Szanghaju, Shenzhen i Hongkongu, po uchyleniu rocznego zakazu obrotu nowymi akcjami notowanych firm, biją roczne rekordy. Statystyki wykazują, że silniejszą od chińskiej gospodarkę mają dziś tylko Stany Zjednoczone, Japonia i Niemcy. Tyle tylko że tradycyjne potęgi ekonomiczne nie są ludne tak jak Chiny, zamieszkałe przez 1,3 mld obywateli, często bardzo biednych i sfrustrowanych swoim położeniem. Laureat Nobla w dziedzinie ekonomii z 1999 r. Amerykanin Robert Mundell uważa, że Chiny będą się w takim tempie rozwijać co najmniej przez najbliższe 20 lat. Noblista przewiduje, że wolumen sprzedaży chińskich towarów i usług za granicą, stanowiący dziś ponad 5 procent globalnego eksportu, niedługo sięgnie 9 proc. Powołał się na analogiczny przykład Japonii, która równie szybko parła do przodu podczas boomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku.

W 2005 roku produkt krajowy brutto Chin wzrósł o 9,9 procent i osiągnął wartość 2,025 bilionów dolarów. Po ogłoszeniu świeżych danych za pierwszy kwartał 2006 r., okazało się, że wbrew intencjom władz wzrost nie słabnie. Nie maleje bowiem suma nakładów inwestycyjnych i eksport. Kolejny raz wzrost przekroczył zakładany przez władze pułap i wyniósł 10,2 proc. Bank Światowy zrewidował swe prognozy i ogłosił, że zamiast 9,2 proc., PKB zwiększy się w tym roku o 9,5 proc.

Groęba kryzysu

finansowego

Tymczasem jeszcze niedawno premier Chin Wen Jiabao ostrzegał, że zwiększanie inwestycji nie jest racjonalne, gdyż prowadzi do gromadzenia się zapasów towarów, obniżek cen i do spadku zysków przedsiębiorstw. W tym kontekście zwracał również uwagę, że banki pożyczają za dużo pieniędzy, wywołując widmo powstania góry nieściągalnych kredytów.

Reklama
Reklama

Istnieją nawet obawy, że w Chinach dojść może do kryzysu finansowego na miarę zapaści, jakiej na początku lat 90. doznała Japonia.

Japończycy przez lata bez ograniczeń pożyczali jeny na zakup stale drożejących nieruchomości. Gdy bańka pękła, tysiące ludzi popadło w tarapaty, powodując kłopoty całej gospodarki. Konsekwencje krachu trwały ponad 10 lat. Wen alarmuje, że Chiny mogą spotkać podobne przykrości. 

Wciąż biedna wieś nie zwiększy konsumpcji

Władze w Pekinie od dobrych dwóch lat próbują schłodzić m.in. rynek w lwiej części sprywatyzowanych nieruchomości, ale im to nie wychodzi. Mało tego. Nie udaje im się tego dokonać nawet w kontrolowanych przez siebie, innych mocno przegrzanych sektorach, jak produkcja aluminium, stali i samochodów.

Bólu głowy przysparza rządowi także sytuacja na wsi, gdzie mieszka potężna armia 800 mln coraz mniej zadowolonych osób. Przeciętne dochody wieśniaków stanowią bowiem jedynie 1/3 dochodów Chińczyków z miast. Dysponując skromnymi środkami, muszą oni na dodatek płacić tyle samo za naukę i za wizytę u lekarza.

Głównie z powodu ubóstwa wsi popyt krajowy praktycznie stoi w miejscu. Ale nie tylko dlatego. Mimo postępu gospodarczego, miliony Chińczyków nadal zarabiają grosze. Niskie wynagrodzenia są skutkiem sytuacji na rynku obfitującym w ręce do pracy. Od 1978 r. w poszukiwaniu zajęcia do miast napłynęło 200 mln ludzi. 150 mln też myśli o migracji do "ziemi obiecanej".

Reklama
Reklama

Pracodawcy mają w czym wybierać i dyktują pracownikom warunki finansowe. Nie dopłacają im, z czego rocznie mają 54 mld USD dodatkowych zysków. Zaś napływowi robotnicy na budowach miesięcznie zarabiają równowartość 50 dolarów. Nie mają wolnej gotówki i dlatego konsumpcja jest zamrożona. A gdyby jednak w końcu ruszyła, to dalszy wzrost gospodarczy Państwa Środka byłby w o wiele mniejszym stopniu uzależniony od sprzedaży towarów i usług za granicą.

Sankcje ograniczają eksport

Rząd boi się, że może nadejść moment, gdy eksport zostanie ograniczony lub zahamowany. Już teraz bowiem mnożą się bariery protekcjonistyczne ze strony państw rozwiniętych, oskarżających Chińczyków o praktyki dumpingowe. Podwyżka taryf na importowane chińskie towary jest reakcją na kurczenie się liczby miejsc pracy na Zachodzie w sektorach zalewanych tanimi artykułami "Made in China", m.in. w branży obuwniczej. Obawiając się dalszych strat, wpływowe lobby obuwnicze wymusiło w kwietniu na Unii Europejskiej decyzję o obłożeniu 20-proc. cłem obuwia z Chin. Operację rozłożono na trzy etapy; ostatni nastąpi 15 września. Restrykcje obowiązywać mają nawet pięć lat. W kolejce stoją m.in. europejscy producenci odzieży i truskawek. Burzą się włoscy i francuscy hodowcy trufli, tracących reputację drogiego rarytasu, bo Chińczycy zasypują rynki o wiele tańszymi grzybami.

Dolar powinien

kosztować 4-5 juanów

O powściągnięciu konkurencyjnego cenowo przywozu z Azji myśli też amerykański Kongres, mobilizowany bezprecedensowym deficytem. USA odnotowały wynoszące ponad 200 mld USD ujemne saldo w obrotach z Chinami.

Reklama
Reklama

Stany Zjednoczone pozostają najważniejszym rynkiem zbytu dla chińskich wytwórców. Kongresmeni oceniają, że u źródeł nierównowagi leży sztucznie wspierany przez Chińczyków kurs narodowej waluty - juana, zwanego oficjalnie renminbi (RMB), czyli walutą ludową. Dolar kosztuje teraz ok. 8 juanów, ale według Amerykanów powinien być znacznie tańszy. Ich zdaniem, "sprawiedliwie" byłoby wtedy, gdyby za dolara płacono 4-5 juanów.

Apelują, by poprzez silną aprecjacjź jena Chiny uczciwie rywalizowały z amerykańskimi producentami. Ewentualna radykalna zmiana kursu, na razie i tak nierealna, i tak pewnie nie za wiele mogłaby pomóc. Najwyżej mogłaby być półśrodkiem, gdyż Amerykanie przegrywają zdecydowanie z Chińczykami w sferze kosztów siły roboczej. W Chinach są one 15-krotnie niższe niż w USA.

87 tysięcy demonstracji

i strajków

Oficjalny Pekin przewiduje, że będąca dotychczasową siłą gospodarki tania robocizna powodować będzie tylko dalsze sankcje. I dlatego, w ramach szukania zabezpieczeń na przyszłość, pragnie rozkręcić popyt wewnętrzny, zwłaszcza na prowincji. Chcąc rodziny chłopskie zachęcić do wydatków konsumpcyjnych, władze postanowiły zrealizować program budowy bezpłatnych mieszkań, oświaty oraz opieki zdrowotnej.

Reklama
Reklama

Program zmierza jednocześnie do udobruchania chłopstwa, otwarcie wykazującego nieukontentowanie swym upośledzonym położeniem.

Według oficjalnych statystyk, tylko w ub.r. Chiny były widownią 87 tys. wystąpień i strajków, z których większość przypadła na wieś. Rząd ma podstawy, by sądzić, że protesty mogą się któregoś dnia przenieść do miast.

Tak było m.in. w 1989 roku. Wielu partyjnych dygnitarzy pamięta marsz na stolicę armii chłopów zdeterminowanych, upominających się o wyższe zarobki, świadczenia i ludzkie traktowanie. W czerwcu, siedemnaście lat temu. Na placu Bramy Niebiańskiego Spokoju trwały wtedy studenckie demonstracje w imię demokratyzacji systemu. Radykalizacji postaw i żądań zapobiegła wówczas bezwzględna rzeź, dokonana na placu przez wojsko.

Rekordowe rezerwy

dewizowe

Reklama
Reklama

Teraz rząd pragnie asekurować się przed powtórką. Na spełnienie obietnic złożonych na marcowej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL) ma skąd brać pieniądze. W lutym br. rezerwy dewizowe Chin sięgnęły rekordowego pułapu 853,6 mld USD i były najwyższe na świecie. Chiny zdystansowały Japonię, dzierżącą w tej dziedzinie prymat od kilkunastu lat.

Chińskie rezerwy zaczęły się piętrzyć od 2000 roku. Państwo część nadwyżek lokuje w zagraniczne papiery wartościowe, zwłaszcza amerykańskie. Ostatnio nie wyklucza znaczących inwestycji walutowych także w innych krajach. Pekin przebąkuje także o skończeniu z monopolistyczną pozycją dolara i zróżnicowaniu koszyka rezerw walutowych. Gdyby do tego doszło, pozycja doPolska największym partnerem handlowym w Europie Środkowej

Nie wiadomo, czy Chiny zamierzają kupować polskie obligacje.

Na razie jednak kupują coraz więcej artykułów spożywczych.

W 2005 roku furorę w Państwie Środka robiła wódka wyborowa

Reklama
Reklama

i wyroby czekoladowe firmy Mieszko. Popularność, zwłaszcza w największych ośrodkach - Pekinie, Kantonie, Szanghaju

i Hongkongu - zaczęły zdobywać ciastka firmy Tago, kawa Le Cafe, piwo Kiper i konserwy rybne.

Niekorzystne saldo

Zdaniem konsula handlowego RP w Pekinie Marka Łyżwy,

Polska umacnia się na pozycji największego partnera handlowego Chin w Europie Środkowej. Jednak mimo ekspansji branży spożywczej utrzymuje się, a nawet nieustannie zwiększa, niekorzystne dla Polski saldo. W ub.r. aż cztery piąte obrotów stanowił chiński eksport do naszego kraju.

Wartość wzajemnej wymiany handlowej w ub.r. przekroczyła

6 mld USD. Był to wzrost o ponad miliard dolarów w porównaniu

z 2004 r. Za cenę utraty części zysku i wpływów z podatków

50 proc. chińskich towarów sprowadziliśmy za pośrednictwem innych państw europejskich. Były to przede wszystkim maszyny

i urządzenia, wyroby elektroniczne, artykuły gospodarstwa domowego, a także komponenty do produkcji, pozwalające obniżyć koszty produkcji krajowej. Tekstylia, obuwie, zabawki i pamiątki stanowiły ok. 20 proc. naszego importu.

Polscy producenci zaś sprzedawali do Chin maszyny górnicze

i rolnicze, urządzenia zapewniające bezpieczeństwo pracy

pod ziemią oraz obiekty przemysłowe, m.in. oczyszczalnie ścieków, zakłady utylizacji odpadów oraz artykuły rolno-spożywcze, farmaceutyki, helikoptery, samoloty rolnicze, a także miedź.

Chińczycy postanowili również inwestować w Polsce,

m.in. w telekomunikacji i w produkcję sprzętu gospodarstwa domowego. Do końca ub.r. sfinansowali nad Wisłą projekty inwestycyjne na sumę ok. 150 mln USD.

Budapeszt, a nie Warszawa

Mimo jednak że Polska jest dla Chin największym partnerem handlowym w centrum Europy, to inwestorzy z Państwa Środka zdecydowali się za miliard dolarów zbudować na Węgrzech wielkie centrum logistyczne "China Brand Trade Center Budapest". Oznacza to, że już wkrótce to stamtąd pochodzić będzie wiele sprzedawanych w Polsce chińskich towarów.

Węgry przez lata jednak pracowały na pozyskanie tak dużej inwestycji z Chin. Zanim do niej doszło, władze zgodziły się

na zamieszkanie w Budapeszcie tysięcy Chińczyków,

uruchomiły bezpośrednie połączenie lotnicze z Chinami.

Dzięki rozbudowanej promocji, nad Dunaj ściągają

dziś tłumy chińskich turystów.

Wielki import mały eksport

Do 2005 roku inwestycje chińskie w Polsce sięgnęły kwoty 100 mln dolarów.

Obroty Chiny - Polska

wyniosły w 2005 roku - 6,059 mld USD

(import RP - 5,469 mld,

eksport - 590 mln USD).

Eksport RP do Chin

to głównie:

metale nieszlachetne

i wyroby z metali nieszlachetnych

- 32,4 proc.,

produkty przemysłu chemicznego

i przemysłów pokrewnych

- 30,7 proc.,

wyroby przemysłu elektromaszynowego

- 27,6 proc.

Import z Chin,

to przeważnie:

maszyny i urządzenia mechaniczne,

sprzęt elektryczny

i części - 47,1 proc.,

wyroby przemysłu

lekkiego - 16,2 proc.,

wyroby metalurgiczne

- 6,5 proc.

Reszta to m.in. tekstylia, obuwie, zabawki.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama