Wzrost gospodarczy Chin jest imponujący - dwucyfrowy, nieprzerwanie trwający od ponad 20 lat. Giełdy w Szanghaju, Shenzhen i Hongkongu, po uchyleniu rocznego zakazu obrotu nowymi akcjami notowanych firm, biją roczne rekordy. Statystyki wykazują, że silniejszą od chińskiej gospodarkę mają dziś tylko Stany Zjednoczone, Japonia i Niemcy. Tyle tylko że tradycyjne potęgi ekonomiczne nie są ludne tak jak Chiny, zamieszkałe przez 1,3 mld obywateli, często bardzo biednych i sfrustrowanych swoim położeniem. Laureat Nobla w dziedzinie ekonomii z 1999 r. Amerykanin Robert Mundell uważa, że Chiny będą się w takim tempie rozwijać co najmniej przez najbliższe 20 lat. Noblista przewiduje, że wolumen sprzedaży chińskich towarów i usług za granicą, stanowiący dziś ponad 5 procent globalnego eksportu, niedługo sięgnie 9 proc. Powołał się na analogiczny przykład Japonii, która równie szybko parła do przodu podczas boomu lat 70. i 80. ubiegłego wieku.
W 2005 roku produkt krajowy brutto Chin wzrósł o 9,9 procent i osiągnął wartość 2,025 bilionów dolarów. Po ogłoszeniu świeżych danych za pierwszy kwartał 2006 r., okazało się, że wbrew intencjom władz wzrost nie słabnie. Nie maleje bowiem suma nakładów inwestycyjnych i eksport. Kolejny raz wzrost przekroczył zakładany przez władze pułap i wyniósł 10,2 proc. Bank Światowy zrewidował swe prognozy i ogłosił, że zamiast 9,2 proc., PKB zwiększy się w tym roku o 9,5 proc.
Groęba kryzysu
finansowego
Tymczasem jeszcze niedawno premier Chin Wen Jiabao ostrzegał, że zwiększanie inwestycji nie jest racjonalne, gdyż prowadzi do gromadzenia się zapasów towarów, obniżek cen i do spadku zysków przedsiębiorstw. W tym kontekście zwracał również uwagę, że banki pożyczają za dużo pieniędzy, wywołując widmo powstania góry nieściągalnych kredytów.