Zryczałtowane koszty uzyskania przychodu stały się problemem ogólnonarodowym po tym, jak zabrał się za nie prezydent. Lech Kaczyński uznał, że 50-proc. kosztów trzeba bronić, bo rzecz ważna jest dla naukowców. Oczywiście, nie tylko dla nich - także dla pisarzy, artystów oraz dla nas, dziennikarzy. Korzystając z wyrażenia wicepremier Zyty Gilowskiej, prezydent chce bronić patologii.
Bo rzeczywiście, trudno uzasadnić, dlaczego niektórzy podatnicy mają prawo do odpisania sobie 50 proc. swoich zarobków od podstawy opodatkowania, a inni nie. A dokładnie - inni mają możliwość odpisania sobie od kilku procent do kilku promili swoich dochodów. Faktycznie bowiem - ulgę na koszty uzyskania przychodu mają wszyscy, nie licząc osób, które świadomie z niego zrezygnowały, przechodząc na 19-proc., liniową stawkę. Ponieważ nie słyszałem, żeby minister finansów planowała likwidację tej ulgi, uznaję, że to nie same koszty są patologiczne, ale ich wysokość.
Sęk w tym, że mnie zawsze zastanawiała wysokość tych kosztów, które ustawodawca pozwala odliczać wszystkim. Bo niby dlaczego zostały ustalone na 102,25 zł miesięcznie? Skąd ta kwota? Nie jest to ani wydatek na opłaty związane z mieszkaniem, bo za małe (nawet na dwie osoby), ani na bilet miesięczny, bo w zależności od środka komunikacji, to za mało albo za dużo. Może chodzi o dwie pary bardzo tanich butów albo jakiś ułamek garnituru? Wszyscy wiemy, że miesięczne wydatki są znacznie większe niż te 100 złotych z groszami. Może więc dobrze byłoby uznać, że podatnik, aby pracować, musi gdzieś spać, coś jeść, ubrać się i na dodatek do pracy dojechać. I po prostu w ustawie podatkowej urealnić wysokość kosztów, jakie każdy podatnik może sobie odliczyć.
Można zrobić to w prosty sposób - zapisać, że każdy wydatek na utrzymanie jest kosztem uzyskania przychodu, a do jego udokumentowania przedstawić fakturę. Ktoś powie, że to wprowadzi chaos w rozliczeniach i doprowadzi do różnych nadużyć. Ale, po pierwsze - to działa w taki sposób w przypadku firm i choć nadużycia są, to jakoś nikt nie zamierza tu nic zmieniać. Po drugie - to rozwiązanie oznacza sporą szansę na ograniczenie szarej strefy. Nikt nie będzie chciał kupować np. ubrań na bazarach, bez faktury, ale tanio, bo nie będzie mógł sobie odliczyć tych pieniędzy od dochodu. W rezultacie to nie resort finansów będzie zabiegał o rozpowszechnianie kas fiskalnych, tylko sprzedawcy będą je instalować we własnym interesie. Oczywiście, zaczną się dyskusje, co jest, a co nie jest właściwym kosztem uzyskania przychodu. Ot, czy np. truskawki można odliczyć, czy nie. Bo w sumie - truskawki w zimie, zwłaszcza z załączoną obok fakturą na szampana, to już luksus. Ale co zrobić z wydatkami na truskawki w czerwcu?
Innym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie kosztów zryczałtowanych, choćby w wysokości 50 proc. przychodu. Co prawda, szara strefa nadal by kwitła, ale urzędnicy nie musieliby się w razie czego przebijać przez tony coraz bardziej wyblakłych rachunków.