Dwa ostatnie dni lekko rozwiały optymizm, jaki pojawił się na rynku ropy naftowej po wtorkowym głębokim spadku cen surowca. Wówczas za baryłkę ropy Brent w Londynie płacono na zamknięciu sesji tylko 66,9 USD - najmniej od początku kwietnia. Jednak już w środę ceny z wolna ruszyły w górę i wczoraj po południu baryłka była o prawie dolara droższa - kosztowała 67,62 USD. Konsumenci paliw i tak mogą się jednak cieszyć, bo przecież jeszcze w poprzednim tygodniu ceny przekraczały 71 USD za baryłkę.
Na środowo-czwartkowy wzrost notowań wpłynął raport o zapasach w USA, gdzie zużywa się najwięcej paliw na świecie. Departament Energii podał, że w ub. tygodniu zapasy amerykańskiej ropy spadły aż o 900 tys. baryłek, podczas gdy rynek oczekiwał spadku o 100 tys. baryłek. Stało się tak za sprawą rafinerii, które pracują pełną parą przygotowując się na sezon wakacyjny, oznaczający wyższe zapotrzebowanie na benzynę. Potwierdziły to dane o zapasach benzyny - zwiększyły się w przeliczeniu o 2,8 mln baryłek, trzy razy bardziej od prognoz. Zapasy innych destylatów wzrosły o 2,1 mln baryłek.
Uczestnicy rynku ropy wciąż czekają na odpowiedź Iranu na pakiet ustępstw, które zaproponowały tamtejszym władzom światowe mocarstwa w zamian za zerwanie programu jądrowego. Wczoraj sprawą miała zajmować się na posiedzeniu w Wiedniu Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Traderzy boją się, że jeśli na Iran zostaną nałożone sankcje, może odpowiedzieć zakręceniem kurków z ropą.
Na sytuację na rynku ropy powoli zaczynają też wpływać huragany w Zatoce Meksykańskiej. Na razie Alberto okazał się niegroźny.