Mamy kolejny miesiąc wzrostu płac. Był on nawet większy niż spodziewali się analitycy - wyniósł 5,2 proc., gdy szacunki mówiły o 4,5 proc. Na razie trudno się tym przejmować - w końcu płace rosną w szybkim tempie od kilku miesięcy, gdy wzrost produkcji, i to często dwucyfrowy, notujemy od znacznie dłuższego czasu. Wcześniej wzrost płac nie przekładał się drastycznie na zwiększoną konsumpcję. Ostatnio jednak Polacy uwierzyli, że mamy do czynienia z prosperity i można wreszcie kupować.
Nie bez znaczenia jest też inny efekt - nazwijmy go efektem konwergencji. W końcu teraz pracodawcy muszą się ścigać pod względem płac nie z innymi firmami z kraju, ale z przedsiębiorstwami z całej Unii Europejskiej. A tamci płacą więcej, i to dużo więcej. Tego też się wszyscy spodziewali - że nie tylko ceny będą się zbliżać do unijnego poziomu, ale także płace będą się wyrównywać.
Tyle że przed nami kolejne miesiące wzrostu płac. Bo przecież o nagrody walczą górnicy z KGHM i spółek węglowych. Lekarze chcą także podwyżek - i to dużych, bardzo dużych. Czy za tym przyspieszeniem pójdzie wzrost produkcji? Raczej nie - bo ceny miedzi spadają, spółki węglowe też szczyt koniunktury mają za sobą.
To oznacza, że pozostali zatrudnieni, zwłaszcza w firmach prywatnych, będą musieli sporo się narobić, żeby gospodarka zachowała przyzwoite z punktu widzenia statystyki tempo wzrostu. Tyle że wskutek różnego rodzaju "reform podatkowych", podatków pielęgnacyjnych i innych tego typu pomysłów, za cięższą pracę dostaną mniej pieniędzy. I jeszcze bardziej będą skłonni do wyjazdu za granicę.