Na niedzielnym, zwołanym dwa dni wcześniej, ponadplanowym posiedzeniu bank centralny Turcji podniósł główną stopę procentową o 2,25 pkt proc., do 17,25 proc. Wczoraj zaczął też sprzedawać liry za dolary, żeby zapobiec nadmiernemu osłabieniu lokalnej waluty.
Kłopoty Turcji były jednym z powodów, dla których inwestorzy zaczęli wycofywać kapitał z tzw. rynków wschodzących (emerging markets), przyczyniając się do sporych spadków także na warszawskim parkiecie.
Jeszcze na początku roku Turcja, m.in. obok Rosji, była w centrum uwagi inwestorów z emerging markets. Zawdzięczała to szybkiemu wzrostowi PKB, ograniczeniu deficytu budżetowego i opanowaniu inflacji. Ta ostatnia spadła przez cztery lata z prawie 70 do 7,5 proc. w październiku ub.r.
Gdy jednak dwa miesiące temu dane znów wskazały na zdecydowane przyspieszenie tempa wzrostu cen, zaalarmowani inwestorzy zaczęli na potęgę sprzedawać lirę i tureckie papiery. Swoje zrobiły też problemy w negocjacjach dotyczących akcesji Turcji do Unii Europejskiej. Od maja rentowność obligacji wzrosła aż o 7,5 pkt proc. (do ponad 22 proc.), natomiast lira straciła w stosunku do dolara jedną czwartą. Za jednostkę amerykańskiego pieniądza płacono w ostatnim tygodniu już 1,76 liry, co oznaczało, że notowania tureckiej waluty znalazły się bardzo blisko historycznego rekordu słabości sprzed trzech lat.
Bank centralny już raz zareagował podwyżką stóp procentowych. Na początku czerwca wzrosły o 175 punktów bazowych, w tym główna do 15 proc. W niedzielę oprocentowanie podniesiono jeszcze bardziej.